RSS
 

Historia Olgi Paprockiej

01 wrz

Dziś rozpoczynam nowy cykl „Historia jogina”.

Co tydzień  na blogu pojawi się historia Joginek, Joginów opisująca początki Waszej przygody z jogą.

Skąd pomysł?

Prowadzę na portalu społecznościowym grupę Jogini i miłośnicy jogi. Jest nas już sporo ;) Jesteśmy zróżnicowaną grupą, taki był mój zamysł. Są wśród nas nauczyciele, instruktorzy, zwykli pasjonaci i osoby, które próbują swoich sił w jodze.

Pomyślałam, że możemy lepiej się poznać, dowiedzieć się czegoś o sobie. A może któraś z historii pojawiających się na blogu zainspiruje kogoś, kto się wahał zacząć albo zrezygnował zbyt wcześnie?

Dziś pierwsza historia. Naszą bohaterką jest Olga Paprocka, organizator Międzynarodowego Dnia Jogi w Poznaniu. Z natury manager – z zamiłowania joginka – to, co robi, dodaje jej motywacji i uśmiechu. Zajęcia prowadzi w nurcie tradycyjnej indyjskiej jogi, jaką praktykowała w Ashramie Shivanandy w Indiach. „Nie ma nic lepszego dla ducha jak ciało”, zatem jej praca to odkrywanie jakości i efektywności ruchu ciała, by przygotować je do głębokiej relaksacji podczas joga Nidra.

Olgę poznałam na Międzynarodowym Dniu Jogi, a potem byłam u Niej na zajęciach. Jest to bardzo radosna, żywiołowa osoba, którą warto poznać ;)

Zapraszam do lektury ;)

Jak to się zaczęło:

Marta zaproponowała, żebym napisała swój początek historii jako joginka. Jak ktoś śpiewa nie jest od razu piosenkarką, joginka to też duże słowo, po prostu zostańmy przy tym, że joga jest mi bardzo bliska. Jest dla mnie drogowskazem, choć czasem zbaczam jeszcze ze ścieżki: nie zawsze mam idealną dietę, czy systematyczność praktyki, bo nobody is perfect, to cieszę się gdzie jogi szukać w sobie.

A początek był długim procesem. Pewnego razu, znudzona oglądałam z Tatą telewizję, aż nagle spostrzegłam, że Mama przygotowała wszystko przed jutrzejszym dniem pracy, porozciągała plecy na boki, a potem stanęła na głowie. To był szok! Podziw. Chwila zatrzymania. I nasionko zaczęło kiełkować.

Od tego czasu hasło ‘joga’ brzmiało w mojej głowie coraz częściej. Zaczęłam ja dostrzegać je w różnych miastach, w słowach spotkanych ludzi. Powoli zaczęła też budzić się chęć spróbowania – tylko wiedziałam już, że jak rozpocznę tę przygodę, to będzie to podroż w nieskończoność. Dlatego spokojnie jakoś wytrwałam bez jogi w praktyce chyba 2 lata. Może tak podejmuje się poważne życiowe decyzje? Ruszyłam. Rozpoczęłam jogę jako nowy środek wyrazu, porozumienia się ze sobą, dialog z własnym ego. Pół kroku wcześniej był taniec- ruch związany ze sceną, może publicznością…. Czasem ruch jest lepszy niż tysiąc słów. A gadułą jestem straszną. Dlatego taniec, bo nie chciałam się odzywać, deklamować tekstów, jak na zajęciach teatralnych, które hobbystycznie sobie organizowałam w wolnym czasie. Zatem ruch skupiony na fizyczności, mięsistości, podłodze, rytmie. A potem joga. Bezruch, siła, koncentracja, rozluźnienie, spokój i wyostrzenie zmysłów. To była moc – pierwsze zajęcia i wiedziałam, że jeszcze wrócę, że nie musze się deklarować, ale wiem ,że to będzie coś co chcę kontynuować. Joga dała mi świadomość tego, że jestem. Minęły 4 lata i wciąż tyle przede mną, wiem to. Ale już mam tyle zapału, żeby znów się odzywać do ludzi, co więcej pokazuję im ścieżkę, która mnie tak uszczęśliwia. Wiem, że jak „robię jogę” to jest to coś dobrego. Dyscyplina jakiej uczę się przez jogę pozwala na eliminowanie głupot, które się w życiu popełnia. Jeszcze nie wszystkich – bo to dopiero początek, bo walczę jeszcze ze sobą. Ale mam grunt, po którym mogę stąpać pewną stopą.

Joga to ogłada. Żywioł, który we mnie siedzi jest zachwycony momentami balansu, skupienia, ale i wyzwań jakie znajduję w asanach. Pojechałam na miesięczny kurs do Ashramy w Indiach – i wiedząc po co tam jadę, w ogóle nie czułam żadnych obaw – inna kultura, klimat, bakterie… Jadąc tam miałam tylko poczucie, że to dobry wybór, jadę i będę tam i w tym momencie. To było też inne zwiedzanie. Nie pożerałam wszystkich zakątków miast i wsi. Delektowałam się atmosferą, nawet jeśli trafiałam do miejsc ciemnych, strasznych i cuchnących – nie rujnowało to mojej wizji o wędrówce nie tylko do Indii, ale w głąb siebie. Wiem, że takich podróży będzie jeszcze parę- bo wiele jest do przetrawienia, odkrycia, zachwycenia się i przerażenia. Wracając do domu, chcę przenieść namiastkę tego podróżniczego myślenia, nie turysty, ale podróżnika i studenta jogi, odkrywcy i obserwatora. Wydaje się to trudne, staram się to poukładać, ale czekam na moment kiedy po prostu tak będzie bez zbędnego projektowania.

To czego się nauczyłam można zawrzeć w jednym zdaniu -

„Every moment

is yoga”

olga

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Olgi.

 

Dziękuję Oldze, że podzieliła się z nami swoją historią ;)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Dodaj komentarz