RSS
 

Historia Iwony Kwaśny

08 wrz

Dziś kolejny wtorek i kolejna historia Joginki.

Iwonę poznałam  goszcząc na Jej blogu. Spodobało mi się u Niej, zostałam ;) Z tego co czytam i oglądam, to bardzo pozytywna osoba. Czytając Jej historię, utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Kim jest?

Iwona Kwaśny – jogę na swojej drodze spotkała w 2001 roku, od 2008 prowadzi swoją grupę. Dziennikarka radiowa, miłośniczka prostego życia.

Współautorka  bloga:  jogawogrodzie.blogspot.com

A oto historia Iwony, zapraszam do lektury.

„JOGA NIE JEST MOIM ŻYCIEM

Po latach praktyki (mniej lub bardziej nasilonej) już wiem co w jodze lubię, a czego nie. Jest to moje subiektywne       zdanie, tak to czuję na tu i teraz. Choć nie wykluczam, że może się to zmienić tak jak zmienia się świat i nasze życie.

Pierwszy raz na jodze pojawiłam się w 2001 roku, była to joga na trawie w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Był ciepły, sierpniowy, sobotni poranek. Przyszłam na zajęcia, które prowadziła fantastyczna instruktorka Wanda (zniknęła zresztą bez śladu, podobno wyjechała do Wlk. Brytanii).
Długi czas chodziłam ot tak, raz w tygodniu. Czerpałam z tej jogi, choć dopiero ją poznawałam, nie wszystko rozumiałam. Później Wandę zastąpił prof. Janusz Szopa. To on po jakimś czasie zaproponował mi kurs instruktora jogi. Na początku kompletnie się w tym nie widziałam i odwlekałam tą decyzje. Aż w końcu połknęłam bakcyla na dobre.
Podobało mi się podejście Janusza do jogi, był w tym co mówi i pokazuje taki czytelny i zrozumiały. Jak to matematyk. A na pewnym etapie jest to bardzo potrzebne. Potem zaczęłam jeździć na różne zajęcia, warsztaty, spotykałam różnych nauczycieli. Raz mi się podobali, innym razem trochę mniej, ale po latach myślę, że taki kręgosłup „jogowy” dał mi właśnie Janusz.

Jeszcze przed pójściem na kurs instruktorski zaszłam w ciążę z moim pierwszym synem. W tym czasie również praktykowałam. Nie chodziłam na specjalne zajęcia ale w grupie ćwiczyłam przy ścianie, albo rozkładałam matę w domu. Tak było też przy drugim synku. Byłam aktywną joginką a także instruktorką jogi do końca ciąży. Nie będę tu pisać co mi to dało, bo to temat na inny tekst.

Od 2008 roku prowadzę zajęcia jogi. Przez lata tych miejsc trochę się uzbierało: Myszków, Koziegłowy, Katowice, Bytom, Gródków. Dużo wtedy jeździłam i poświęcałam tym zajęciom sporo energii i czasu. W końcu postanowiłam osiąść bliżej swojego domu i zaczęłam 2 razy w tygodniu spotykać się z moimi joginkami i joginami w Gródkowie koło Będzina. Przychodzą tam od lat ludzie, którym joga pomaga, którym pomaga grupa, w której się spotykamy.
Nasz pomysł na zajęcia – to luźna, czasami zabawna atmosfera, radość z wyginania ciała, przyjemność z przebywania ze sobą. Brak ideologii. Te zajęcia są dla mnie ogromną frajdą i momentem kiedy osobom zainteresowanym mogę pokazać swój sposób na życie, dobrą kondycję i dobry nastrój.

Joga nauczyła mnie balansu. I to mnie najbardziej teraz interesuje. Prowadzić zajęcia jogi – tak ale z takim natężeniem by sprawiało mi to przyjemność i nie stało się rutyną. Pracować tyle by był zawsze czas dla rodziny i dzieci. Mam to szczęście, że joga nie jest dla mnie jedynym źródłem utrzymania. To wielki komfort i bardzo to cenię, choć wiem, że życie ma różne scenariusze i może się to zmienić.
Przestało mnie też interesować słowo „mieć”. I paradoksalnie im mniej zabiegam tym więcej posiadam (nie nie chodzi mi tu wyłącznie o wymiar materialny). Nauczyłam się też bez wyrzutów sumienia odpuszczać. Czasami czekam po prostu co los przyniesie i obserwuję bez ingerencji. Dużo pomógł mi w tym także kurs oddechu Art of Living. Wyciągnęłam z niego wiele mądrych rzeczy, które pomagają przede wszystkim przeżyć jakieś stresujące i trudne sytuacje.

Dla mnie joga nie jest całym moim życiem. Joga wplata się w moje życie. Mam inny zawód, rodzinę, dwóch synów, ogród ( a w nim warzywnik i kury), znajomych. A jogę próbuję znaleźć w tych wszystkich rzeczach, nie tylko na macie. Dzięki jodze jeszcze bardziej interesuję się tym co jem, a także prostym życiem w zgodzie z naturą.

Po latach własnej praktyki, spotykania się na zajęciach, przemyśleniach i obserwacji innych joginów wiem np. czego nie lubię w jodze. Nie lubię rywalizacji, napinania się, prężenia się czy popisu. Nie lubię kiedy naprawdę doświadczony jogin, denerwuje się na warsztatach, że ktoś na koniec założył skarpetki. Właśnie – nerwowy mistrz to dla mnie nie mistrz, obojętnie jaką do tego dopisuje ideologię.

Ja chcę, żeby joga była czymś naturalnym w moim życiu, a nie zadaniem do wykonania. Nie chce też by to była tylko akcyjność- ćwiczę jak szalona, wyjeżdżam na wyjazdy, a potem po roku czy dwóch już mi się odechciewa i szukam innej aktywności.
Rano staram się robić powitanie słońca lub asany, których potrzebuję. Dodatkowo ćwiczenia oddechowe. Dobrze mi się wtedy zaczyna dzień.
Ale są też dni bez takiej sesji, no cóż życie….”

iwona

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Iwony.

Dziękuję Iwonie za wspaniałą historię i za czas, który nam poświęciła  ;)

 
 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Anna

    17 września 2015 o 09:38

    Historia bardzo mi bliska. Bez wielkiego zadęcia, ambicji i prężenia na wielkiego mistrza. Bardzo budujące, że są tacy ludzie jak Iwona i niosą kaganek jogowej wiedzy pomiędzy innych. Radość przenikająca ulotne chwile, umiejętność zauważenia ich i spokój w chwilach wielkich i małych trosk – tego powinno się uczyć ludzi od małego. Szczęściarze w Gródkowie, że mają tak wspaniałego nauczyciela

     
  2. Marta

    18 września 2015 o 08:13

    Mają szczęście, że mają Iwonę ;) Chciałabym Ją poznać na żywo ;) Skromność i radość z każdej chwili ;) Tego powinno się uczyć ;);) Pozdrawiam Ciebie Aniu ;)