RSS
 

Historia Katarzyna Streg

03 lis

Historia miała ukazać się dwa tygodnie temu. Niestety w tym czasie straciłam bliską mi osobę. Smutny czas… Ostatnie pożegnanie.

Dziś powracam z cyklem historia jogina. Naszą bohaterką jest Kasia. Miałam tą przyjemność pisać z Kasią jakiś czas temu. Oczarowała mnie swoją osobą. Dziś poznajcie Ją Wy moi Drodzy.

:)

Heh jak zacząć coś co nie wiadomo gdzie miało początek i co przenika całe moje dorosłe życie… ;)

Od zawsze szukałam sposobu/ rytuału/dyscypliny, która holistycznie łączy pracę z  Ciałem ,Duchem i rozumem . Wielkość liter to nie pomyłka ale zabieg w pełni zamierzony bo ten ostatni spryciarz sprawia same problemy ;).

Przewijały się w moim życiu różne dyscypliny ale ,zostawszy wychowana w kulcie intelektu , uważałam je za mało ważny dodatek. Spełniając kolejne oczekiwania mojej rodziny i kulturowe świetnie radziłam sobie na polu zawodowym i nie tylko podejmując wciąż nowe, coraz trudniejsze zadania. Ehhh no wszyscy byli dumni a ja chwilami nawet …szczęśliwa…

Wyjechałam za granicę z moim ówczesnym partnerem – plan był : na chwilę pomieszkania za granicą potem ślub , dzieci, kariera itd. itd. itd… i się niespodziewanie zakochałam… grunt usunął się spod nóg a żadne plany nie miały znaczenia. Związek był pełen traumatycznych wzlotów i upadków , które miały zapchać emocjonalne dziury z całego życia – jak się pewnie domyślacie karkołomna to metoda i oczywiście zakończona rozstaniem. Jednak to właśnie te momenty kiedy myślałam ,że stoję na krawędzi przepaści pozwoliły mi sięgnąć głęboko wewnątrz mnie i dotknąć  nowej jakości w moim życiu.

By znaleźć jakiś punkt zaczepienia zaczęłam medytować i ćwiczyć znowu, zaniedbane już trochę przeze mnie, tai chi. Wróciłam do Polski i wpadło mi w ręce ogłoszenie  z ‘Jogi w Parku’ o wakacjach z jogą i kolorami nad morzem… tak pojechałam na spotkanie moich dwóch miłości : Jogi i Energii Koloru. Przez ten jeden tydzień z wesołą zgrają jogową czułam się absolutnie szczęśliwa i pełna energii. Na fali zdarzeń pojechałam zaraz na miesięczny trekking w Himalaje – spaliśmy przeważnie w przyświątynnych dormitoriach, szliśmy czasami w błocie  a ja z fascynacją witałam każdy nowy dzień…

Pamiętam jak robiłam z koleżanką powitanie słońca na 4500 m n.p.m. – nie dla wyczynu ale ze śmiechem z poczuciem   czystej radości życia.

Po powrocie do domu okazało się , że zadawnione kontuzje i skrzywienie kręgosłupa odezwały się z potrójną mocą. Ledwo wstawałam o poranku z łóżka a ból stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Od lekarza pierwszego kontaktu usłyszałam , że skończyłam 32 lata i już niewiele można z tym zrobić w zasadzie mogę sobie pochodzić na basen i przygotować się , że w okolicach czterdziestki czekają mnie kulę. Nie  ma to ja autorytety w życiu! Zmroziło mnie na jakieś  dwa miesiące.

W końcu, w akcie desperacji, spakowałam plecak i pojechała do Indonezji – no w końcu niewiadomo co będzie. Spędziłam tam  upojny miesiąc  na Jawie i Bali poznając niesamowitych ludzi, często również ćwiczących jogę. Cudownie było iść o poranku do bambusowej wiaty nad  morzem i pozwolić ciału by w powiewach lekkiej bryzy pieszczącej skórę miękko płynęło w rytmie asan  wyznaczanych przez nauczyciela… Ozdrowiałam – oj zdziwił by się doktor ;) – nagle ból pojawiał się już sporadycznie.

Po powrocie znalazłam nauczyciela jogi w najbliższym mieście czyli w Brzegu i tak trafiłam na zajęcia do Bartka Miklasa – jako że zaczęłam w czerwcu, trafiłam oczywiście do grupy już dłużej ćwiczącej – jednak, na fali własnej ignorancji ( no bo w końcu kilka razy ćwiczyłam jogę więc  co mi tam ) i wewnętrznej silnej potrzeby pozbycia się bólu, zaczęłam intensywnie ćwiczyć. Wracałam z ćwiczeń obolała – pamiętam, że przez pierwsze dwa miesiące nigdy nie umawiałam żadnych spotkań biznesowych o poranku po jodze . Praktyka jogi  stała się moim stałym punktem powitania dnia i wraz z medytacją stały się niemal rytuałem.

Uwolniona od bólu z radością witałam każdy nowy dzień a codzienne praktyka i kolejni nauczyciele nauczyli mnie ogromnej akceptacji i uważności dla siebie, swoich potrzeb ale także na dostrzeganiu rzeczywistych potrzeb innych. Ugruntowanie we własnym ciele pozwoliło mi na puszczenie kontroli i większego zaufania do Świata jako całości. Wierzę, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i miejscu – jeśli nie w tej chwili to jedyną przeszkodą są nasze przekonania – a je w końcu zawsze zmieniamy ;).

Kolejnym odkryciem było trafienie ‘przypadkowe’ na zajęcia ashtangi do Krystiana Mesjasza w Zen Jodze w Opolu – jego miękki, viniasowy system prowadzenia zajęć i połączenie w płynnym flow z oddechem pozwoliły mi na znalezienie idealnego systemu dla własnej praktyki. Poczułam w końcu jak ciało staje się miękkie i elastyczne a każdy ruch jest ekstatyczną  przyjemnością.

Marzenia spełniają się wystarczy im na to pozwolić :

Od czterech lat uczę Psychologii Koloru w Wrocławskim Studium edukacji ekologicznej.

 Od tego roku uczę jogi u mojego pierwszego nauczyciela w wrocławskiej szkole Sagar w Brzegu  – fascynująca lekcja jak jeszcze bardziej można poczuć praktykę ucząc innych.

Praktyka jogi stała się moim sposobem na dotarcie do własnego wnętrza  i połączenie Ducha z Ciałem – a co najważniejsze przestrzenią, która pozwala mi dostrzec podstępne  działanie umysłu, który poprzez wewnętrzne przekonania często ogranicza moje BYCIE TU I TERAZ.

Są dni kiedy wraz ze zmęczeniem towarzyszącym porannemu wstawaniu zapominam o wdzięczność za to w jakim miejscu teraz jestem i kim jestem oraz jakich ludzi mam wokół. Zaczynam porannym rytuał powitań słońca a moje ciało powoli budzi się do życia -  przeciąga napełniając oddechem , ociera się o matę i mrucząc z zadowolenia znów czuję że Żyję i jaka jestem Wdzięczna za to co mam…

Kasia

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Kasi.

Dziękuję Kasiu za historię. W końcu się pojawiła, dziękuję za wyrozumiałość.

Namaste

 
 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ania

    4 listopada 2015 o 13:16

    Właśnie straciłam pracę. Może i ja powinnam spakować się i wyjechać do Indonezji? :)

     
    • Marta

      6 listopada 2015 o 20:32

      Aniu…Tak mi przykro;(
      Ja zawsze marzyłam o Afryce…Może dlatego, że daleko???