RSS
 

Archiwum - Luty, 2016

Stopnie jogi

28 lut

 

„Kiedy wskutek ćwiczenia jogi cichną zjawiska w umyśle, intelekcie i ego, jogin realizuje siebie dzięki łasce Ducha, który w nim jest. Wtedy poznaje wieczną radość, której nie można doświadczyć zmysłami ani pojąć rozumem. Niezmiernie trwa on w tym stanie. Odnalazł skarb największy, nie istnieje nad to już nic wyższego” (B.K.S.Iyengar, Joga)

Literatura podaje osiem członów składających się na jogę. Są to:

1. YAMA. Oznacza uniwersalne przykazania moralne. Yama pozwala joginowi opanować namiętności i emocje, co pozwala mu na zachowanie harmonii z innymi ludźmi.

2. NIYAMA. Termin oznacza „zasadę” lub „regułę”. Niyama narzuca dyscyplinę w działaniu i zachowaniu.

3. ASANA. Najbardziej upowszechniony człon jogi w dzisiejszych czasach. Asana to pozycje ciała przywracające równowagę fizyczną. Przynoszą siłę słabym miejscom ciała i miękkość napiętym mięśniom. Asany czynią ciało zdrowe i mocne. Jogin przezwycięża ciało i przekształca  je w narzędzie Ducha.

„Poprzez pracę z ciałem joga uczy nas, jak posiąść lepszą kontrolę nad umysłem”.

Pierwsze trzy kroki jogi nazywają się „poszukiwaniami na zewnątrz”

4. PRANAYAMA. Polega na rytmicznej kontroli oddechu.

5. PRATYAHARA. Wycofanie i wyzwolenie umysłu spod dominacji zmysłów i zewnętrznych obiektów.

Pranayama i Pratyahara uczą regulowania oddechu. Pomagają uwolnić zmysły od przywiązywania do obiektów pożądania. Znane są jako „poszukiwania wewnątrz”.

6. DHARANA. Oznacza koncentrację umysłu, umiejętność nakierowania myśli ku obiektowi i trwanie  w tym stanie.

7. DHYANA. Kontemplacja. Stan medytacji, w którym umysł  koncentruje się na jednym punkcie.

8. SAMADHI. Jest to stan nadświadomości osiągnięty w wyniku głębokiej kontemplacji. W tym podobnym do transu stanie procesy myślowe są zatrzymane, jogin przejmuje kontrolę nad umysłem.

Trzy ostatnie ścieżki wprowadzają jogina w najgłębsze zakamarki jego duszy. Utrzymują go w  harmonii. Nazywane są „poszukiwaniami Ducha”.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Myśli jogowe, O jodze

 

Paulina Maliszewska

24 lut

Dziś kolejna historia. Z lekkim poślizgiem, ale dopiero odzyskałam dostęp do laptopa.

Za każdym razem gdy poznaję losy naszego wtorkowego bohatera,czuję się dumna i szczęśliwa, że chcecie te historie poznawać. Każdy z Was wkroczył na matę w inny sposób,w różnym wieku,nieraz po chorobie,urazie.Ale każdy z Was odkrył w jodze coś dla siebie. I to jest wspaniałe :)

Moja przygoda z jogą zaczęła się stosunkowo wcześnie. Moi rodzice zawsze dbali o mój rozwój psychofizyczny, dlatego w wieku 7 lat zaczęłam trenować pływanie a niedługo później, bo w wieku 11 lat trafiłam na pierwsze zajęcia jogi dla dzieci do mojej nauczycielki – Lidii Bielewicz. Sport towarzyszył mi praktycznie od zawsze. Angażowałam się w stu procentach w to, co robiłam. Był to moment, kiedy byłam tu i teraz. Tylko ja i mój mały, a zarazem wielki świat. Ale wiem to dopiero teraz, z perspektywy czasu, po ponad dziesięciu latach. Ale wracając do mojej historii… Lata mojej praktyki spokojnie upływały. Odnosiłam duże sukcesy w pływaniu. U szczytu formy zajmowałam miejsce w pierwszej dziesiątce na Mistrzostwach Polski. Jednak przyszedł dzień, w którym niewielki problem zdrowotny uniemożliwił mi trenowanie na kilka miesięcy. Wtedy bardziej „zaprzyjaźniłam się” z jogą. W wieku około 13 lat zadecydowałam, że chcę uczęszczać na zajęcia jogi dla dorosłych. Początki nie były łatwe. Ledwo co sięgałam dłońmi do podłogi przy Uttanasanie. Ale jak już wspomniałam wcześniej, zaangażowanie plus moja (czasem wybujała) ambicja poskutkowały szybkim progresem. Wybrałam się samotnie na wakacje z jogą do Smołdzina (magiczna podróż, ale na osobną historię ). Bardzo chciałam dorównać wszystkim pozostałym Paniom. Moja nauczycielka, Pani Lidka, też nie pozwalała mi odpuścić: instruowała mnie, korygowała, z czasem zaczęła zachęcać do udziału w warsztatach, które organizowała zawsze wiosną i jesienią w Gołuchowie obok mojego rodzinnego miasta. W wakacje przed pójściem do liceum w moim „sportowym” życiu pojawił się triathlon. Znów coś dodatkowego pochłonęło mnie bez końca na prawie 3 lata, choć z zajęć jogi nie zrezygnowałam. Ponownie zaczęłam odnosić sukcesy. W swojej kategorii zajęłam 10. Miejsce w Polsce. Treningi jednak były czasochłonne i przede wszystkim o wiele cięższe. Pojawiło się wiele napięć w moim ciele. Wtedy zrozumiałam jak piękne jest uczucie, kiedy Twoje ciało jest zupełnie rozluźnione. Klasa maturalna i natłok obowiązków „zmusiły” mnie do podjęcia ostatecznego wyboru. I był to najlepszy wybór w moim życiu. Wszystkie zawody, zmagania, wygrane są dziś tylko miłymi wspomnieniami, doświadczeniami i częścią mojej drogi do wolności ciała i umysłu. Jogę w moim życiu mogę porównać do najlepszego przyjaciela. Zawsze była przy mnie, choć nie wymagała poklasku. Pomagała mi uspokoić myśli i odprężyć się, gdy stawałam przed najważniejszymi życiowymi wyborami. Ale to tak naprawdę dopiero początek mojej przygody. Pani Lidka stopniowo oswajała mnie z rolą nauczyciela. Najpierw pod jej nadzorem pokazywałam pojedyncze asany, później całe lekcje aż w końcu przyszedł dzień, w którym pierwszy raz sama stanęłam na macie przodem do reszty grupy. Niesamowite uczucie. Spodobało mi się! Przypadek (choć osobiście uważam, że przypadków nie ma) chciał, abym kontynuowała swoją przygodę. Gdy wyjechałam na studia do Poznania od razu trafiłam do Sylwii Pędzich, która otwierała właśnie swoje studio Joga Wita. Zaufała mi, pozwoliła wybrać godziny w grafiku, które chciałabym zagospodarować na swoje zajęcia. Dziś mija prawie dwa i pół roku od kiedy prowadzę zajęcia, jako certyfikowana nauczycielka w Joga Wita. Oprócz tego całkiem niedawno rozpoczęłam swoją małą „misję”, jako BJJoga i prowadzę zajęcia dla osób, które uprawiają sztuki walki, w szczególności brazylijskie jiu jitsu. Moim marzeniem od zawsze była praca bezpośrednio z ludźmi, a dodatkowo ogromną radość sprawia mi, gdy mogę komuś pomóc i uwolnić od bólu, bo sama doskonale wiem, jaki to uczucie. To co w jodze najpiękniejsze, to właśnie ta droga. Codzienna wygrana z samym sobą. Odkrywanie swoich możliwości, ale i też ograniczeń. Kiedy ktoś mnie pyta: „Co daje joga?” zwykle odpowiadam „Mnie osobiście dała wolność i nauczyła pokory.”. Kiedyś zawzięcie dążyłam do wyznaczonego celu, teraz wiem, że sumienna praca w zgodzie z moją naturą sama doprowadzi mnie do celu.

12746407_1150806498276967_1499783746_n

Foto z prywatnych zbiorów Pauliny.

Spodobała Wam się historia? Jeśli tak i chcielibyście poznać Paulinę w realu zapraszam w Jej imieniu do Studia Joga Wita w Poznaniu.

 
 

Czwartkowo i filozoficznie? ;)

18 lut

Jako uczeń zastanawiam się nad wieloma kwestiami. Nadal wielu rzeczy nie wiem,wiele próbuję zrozumieć, wielu nie ogariam. Ale w nauce jogi piękne jest to, że można uczyć się jej  całe życie, bo joga to…No właśnie…Niektórzy twierdzą, że joga to filozofia, inni że to sposób życia, pewie styl, inni traktują ją instrumentalnie bo poprawia kondycję, wpływa na poprawę wyglądu, a jeszcze inni ćwiczą jogę bo jest na czasie.

Z wieloma osobami współpracuję, rozmawiamy, piszemy, tworzymy i te same osoby i mnie się pytają, ale Marta szczerze, co Tobie daje ta joga? Czym ona dla Ciebie jest?

Otóż już odpowiadam Wam moi mili ;)

Na poczatku szukałam zajęcia, by zająć swoje myśli, by uspokoić głowę. Byłam młoda, niepokorna. Od paru lat na jogę patrzę z innej perspektywy. Joga mnie po prostu uszczęśliwia. Na macie jestem sobą, o niczym złym nie myślę, a gdy kończę zajęcia czuję że dam radę sprostać wszelkim barierom jakie niesie dzień powszedni. Mam pozytywne myśli. Jak to nazwać? Po prostu w jodze odnalazłam siebie, joga to mój punkt constans. Daje mi wolność i równowagę, jednocześnie daje spokój i powera.

Filozofia to dla wielu, jak i dla mnie głęboki temat. Czytam, bo lubię wiedzieć o jodze jak najwięcej, znać historię jogi, ale w głównej  mierze jestem po prostu pasjonatką jogi.

A Wy? Co Wam daje joga? Na co dzień z pewnością spotykacie się z pytaniami otoczenia, po co to robisz, co ci to daje? A więc?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Myśli jogowe

 

Ola Adamczyk

09 lut

Z Olą znamy się od wielu miesięcy. Jest bardzo serdeczna i miła ;) Ucieszyłam się, gdy pomimo swojego zapracowania znalazła czas by opisać swoje początki z jogą ;)

Po przeczytaniu Jej historii zaczęłam doceniać Jej osobę jeszcze bardziej. Przez pryzmat Jej odwagi i determinacji, potrafiła wszystko rzucić, by odkrywać nieznane. Potrafiła zakończyć coś, co nie przynosiło Jej satysfakcji, radości. Oddała się jodze, a jednocześnie jest zdania iż  od nas samych zależy wszystko, to my  dokonujemy zmian , a joga nam w tym jedynie  pomaga ;)

Zachęcam Was do poznania bliżej Oli ;)

Kiedy Marta poprosiła mnie o napisanie swojej historii, powiedziałam jasne, ale kiedy usiadałam nad kartką, okazało się, że historia wcale nie jest taka jasna ;)  Od czego zacząć? Czy ktoś jeszcze czyta takie opowieści? Moja przygoda jest prawdziwa i mało kolorowa. Większości z niej nie będę Wam przybliżać. Aby zrozumieć moją decyzję, musze wrócić do czasów kiedy miałam 16-21 lat. W moim życiu przeplatało się tyle scen, jak na dzikim rodeo. Z dramatu w rozpacz, z rozpaczy w ciszę, z ciszy w poszukiwanie. Szczerze mówiąc nie wiem, które wydarzenie najbardziej popchnęło mnie w stronę jogi, choć po kilku napisanych zdaniach chyba już wiem, że wszystkie. Tuż po studiach wybranych przez moją rodzinę, odczuwałam ogromny niedosyt i zagubienie. Wkroczyłam do tak zwanego wielkiego świata. Dziewczyna z domu w którym nie było wolności i możliwości wyboru. Wyboru dokonywał najważniejszy członek rodziny i koniec kropka. Na szczęście wszystko się zmieniło. Moją wolnością była wielka i wybujała wyobraźnia, filmy dokumentalne o świecie, jego funkcjonowaniu, zasadach, odległe podróże w książkach i atlasach, wielogodzinne wpatrywanie się w przestrzeń z 6 piętra i samotne spacery. To podczas nich dowiadywałam się, o tym jak żyją inne nastolatki, jak wyglądają ich relacje z rodzicami i co robią w czasie wolnym. Komuś może wydać się to śmieszne, ale nie mnie, ponieważ mój własny czas też był pod ścisłą kontrolą. Być może zamiłowanie do wolności, do możliwości życia wg własnego wyobrażenia zaprowadził mnie do szkoły jogi. Świetnie nadawałam się do pracy w dużej instytucji pod dużą kontrolą, to miałam opanowane do perfekcji. Musiałam nawet zapisywać czas wyjścia do toalety. Wszędzie kamery, szefowie, podsłuchy w telefonach i podglądy skrzynek, wierzcie to jest dramat. Pasowałam tam jak ulał. Mając 24 lata, pamiętam jak dziś, siedząc w zamkniętym boksie, oddychając „świeżym powietrzem prosto z górskiej klimatyzacji”, patrząc w niebo zadałam sobie jedno pytanie – czy Twoja praca komuś służy – ale tak naprawdę? Nie Ola, to co tu robisz? I tak się zaczęło. Idąc do pracy odczuwałam ogromną presję i strach, przed kolejnym spotkaniem z tymi szczującymi się wzajemnie ludźmi. Oni szczuli mnie, ja potem kolejnych i taki bezkresny łańcuch szczucia rozpoczynał się każdego dnia. Szukałam sposobu, aby uciec i odpocząć. Praca zamieniała się w niekończące się godziny. Zmieniałam działy i stanowiska. Cieszyłam się, że jestem gdzieś indziej, ale po miesiącu okazywało się ze wpadłam z deszczu pod rynnę. W obliczu takiej sytuacji, musiałam szybko coś znaleźć, żeby nie zwariować ;). Pewnego sobotniego wieczoru, moja koleżanka powiedziała do mnie – Ola, idź na jogę. Niewiele wiedząc i myśląc, w poniedziałek byłam już na pierwszych zajęciach. To one były dla mnie przełomowe. Czy byłam zadowolona, trudno mi nawet powiedzieć, chyba tak. Modliłam się, żeby się skończyły ;) W liceum i na studiach nie chodziłam na w-f. Szczerze mówiąc, nie umiem pływać, jeździć na nartach, łyżwach czy rolkach – choć wszystkiego spróbowałam. Wielu rzeczy nie umiem. Jednak po zakończeniu zajęć natychmiast kupiłam karnet na cały miesiąc, żeby nie było odwrotu. Po zajęciach odczuwałam taki stan spokoju i ciszy, upajałam się nim ;) . Przez kilka minut siedziałam przy samym rondzie, pod wielkim hotelem w samym centrum Warszawy, obserwując wszystko, co dzieje się dookoła mnie. Miałam wrażenie, że ktoś włączył pilota z opcją zwolnione tempo.  Dosłownie przeraziło mnie to, co działo się w mojej głowie przez wiele lat. Wcześniej tego nie dostrzegłam, bo niby jak? Na Boga, co musiało być w tej głowie, skoro poczułam taką lekkość i spokój ;) . Ten dzień stał się nowym rozdziałem w moim życiu. Z chodzeniem na zajęcia nie miałam nigdy problemu. Czekałam z niecierpliwością na każde zajęcia i zmieniłam plan dnia, budząc się o 04.45 i dojeżdżając 25 km pociągiem podmiejskim do centrum Warszawy. Urywałam się z pracy, niby na pilne spotkania i biegłam na jogę również wieczorem. Pracowałam bardzo dużo i przesiadywałam non stop w zamkniętej klatce. Praktyka hathajogi dawała mi możliwość zatrzymania, przemyślenia, refleksji i wybrania innej opcji w życiu, niż tę narzuconą i w jakiś stopniu zaakceptowaną przez mnie, na którą sobie pozwoliłam. Stała się moją jedyną pasją, taką prosto z serca, która pochłonęła mnie do końca i na poważnie. Nic tak bardzo mnie nie cieszyło zakup nowej książki, czytanie wszystkiego co z nią związane, oglądanie doświadczonych praktyków, uprawianie jej oraz medytacja i nidra. Chodziłam do antykwariatów i szukałam starych książek o jodze, przesiadywałam i pochłaniałam je jak tylko się dało i gdzie się dało. Uczęszczałam na wszystkie możliwe warsztaty i wyjazdy jakie były. Po metodzie Iyengara, zakochałam się w asztandze, co również się zmieniło ;) . Wymyśliłam sobie samotną podróż do Nepalu przez Indie. Przeglądałam instytuty i ostatecznie zdecydowałam się na wyjazd, początkowo w formie żartu i marzenia.  Przyszedł jednak dzień ostatecznego rozliczenia. To był rok 2008. W październiku poleciałam pierwszy raz w życiu zupełnie sama do Indii. Na lotnisku w Polsce tak się denerwowałam, pytałam przyjaciółki, co ja mam teraz zrobić, tyle lat nie mówiłam po angielsku, nic nie pamiętałam. Chęć zobaczenia i zrobienia tego, co było od dawna w moim sercu była tak wielka, że nie mogłam się powstrzymać. Czułam się jak małe dziecko, idące samo w świat, nogi mi się uginały, ale serce wyrywało do przodu. Do długich godzinach lotu dotarłam do New Delhi. Szybko okazało się, że mój bagaż zaginął, a ja zostałam z paszportem i pieniędzmi – na szczęście tylko tyle i aż tyle. Moje złudzenia co do tego kraju jako zupełnie magicznego i duchowego szybko się rozmyły. Już na początku przewróciłam się potykając o bezdomnego przykrytego kawałkiem worka. Chodziły za mną dzieci i psy. Ludzie mieszkający na ulicy, na kartonie. O matko, to było dla mnie za duży szok. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie mogłam się odnaleźć. W Indiach spędzałam zaledwie kilka dni i po przybyciu bagażu poleciałam do Nepalu. W sumie nie wiem czego mogłam się spodziewać ;) przecież to Indie. Jednego wieczoru spakowałam się i znalazłam na lotnisku. Spędziłam tam 15 godzin, czekając na najbliższy lot do Nepalu. W Nepalu nie mogłam znaleźć hotelu, ale trafiłam jeszcze lepiej. Przygarnął mnie z ulicy do aśramu mnich tybetański, jednak mogłam tam zostać tylko na jedną noc. Szybko się nauczyłam żyć wg tego co się wydarzy, bez kreacji i planu – czyż joga tego nie uczy ;)  Tam nie sposób jest mieć plan! Na drugi dzień znalazłam Divine Yoga Institute, który prowadzi do dziś Thakur Krishna Uprety ( Sannyasi Vishnuswarooop – lekarz, napisał ponad 40 książek o tematyce jogicznej ). Jest przedstawicielem tradycyjnego stylu wg Satyanandy z Bihar School of Yoga. Thakur uczył mnie sam na sam. Miałam grafik i przychodziłam na wielogodzinne wykłady oraz praktykę do starego szpitala. Thakur był zawsze uśmiechnięty i serdeczny. Nigdy się na mnie nie zdenerwował. Zapraszał mnie do swojego domu na wspaniałe obiady i prosił o opowieści z innego świata. Mijały godziny i kiedy się zorientowaliśmy musiałam zostać w jego domu bo była noc. To mnie ujęło. Jego żona była bardzo uprzejma i gościła mnie jak córkę, a nie musiała. Nie było takiej umowy, nie chcieli pieniędzy a do tego miałam własny kąt. Będąc młodą, nieogarniętą adeptką, nie rozumiałam do końca powagi jego nauczania, ale fascynacja i chęć zdobywania wiedzy była ogromna. Dopiero dziś mogę w pełni stwierdzić, że trafiłam bardzo dobrze, szkoda tylko że zrozumiałam to po wyjeździe, no ale… Spędzając trzy miesiące w otoczeniu Himalajów, przyjaznych ludzi, innego, fascynującego świata (były też rzeczy, które zupełnie nie podobały mi się), niebywałych przygód w postaci ludzi „wydobywających się spod ziemi” aby mi pomóc wiedziałam, że nie będę mogła wrócić do poprzedniej wersji życia, nawet nie chciałam. Byłam w stanie rzucić wszystko w jednej chwili. Zachłysnęłam się wolnością i innymi możliwościami. Nawet w góry chodziłam bez mapy, a korzystając raz ze stopa zorientowałam się że kierowca był pijany, nawet takie drobne zdarzenia odmieniły moje postrzeganie świata ;). Zaczęłam na poważnie studiowanie filozofii jogi i wschodu. Po powrocie do Polski zaliczyłam poważny upadek ze schodów i pękł mi staw skokowy – skomplikowane z powikłaniami, wiec na 2,5 miesiąca trafiłam do łóżka, aby przemyśleć, co będzie dalej. Na szczęście życie jest jak wspaniały księgowy, który pamięta zawsze o tobie, twoich potrzebach  i świetnie rozlicza swoje konta na całym świecie ;). Przyszedł czas na konto Oli ;) Nie miałam wyboru, pracodawca dał mi tak do wiwatu, że w ciągu 5 minut położyłam wypowiedzenie i wyszłam. Zostałam bez niczego!!! Wiecie, co jest najciekawsze w tym doświadczeniu? Kamień spadł mi z serca i poczułam się lżejsza o jakieś 150 ton. W głębi serca się cieszyłam. Co do pracodawcy, taka jego rola ;). Musiałam otworzyć oczy i w gruncie rzeczy zrobił mi wielką przysługę, ale to zrozumiałam dopiero później. Rok wcześniej, czyli w 2007 założyłam szkołę jogi w Grodzisku Mazowieckim i chciałam kontynuować to przedsięwzięcie, bo wiedziałam, że to jest moja droga, choć było mocno pod górkę.  Ta wyprawa uświadomiła mi, że mogę dużo zmienić i znalazłam w sobie odwagę. Czy to dzięki jodze? Czy jest ona remedium na wszystko?  Myślę, że jest wiele czynników i nie ma jednego lekarstwa na wszystko. Wiele zależy naprawdę od nas samych i naszego postrzegania rzeczywistości – o tym, też jest dużo w jodze.  W dzisiejszych czasach dobrze czuć sens i iść za nim, inaczej człowiek się zgubi i cierpi. Jednak każdy ma swój sens i swoją drogę. Czy tak naprawdę joga czyni zmiany? Wg mnie NIE, to człowiek je podejmuje, a nie joga. Joga jest rozległą nauką i wiedzą – wspaniałą zresztą. Wszystko w niej działa, tylko potrzebny jest wkład własny, lata uważności, dyscypliny, refleksji, nawet rozmowy ze sobą samym i duże zaangażowanie w przywrócenie siebie. Joga oferuje wiele narzędzi i mądrości, jednak to człowiek w konsekwencji podejmuje decyzję i kontynuuje ją lub zaprzestaje, to jest wolna wola. Jej nauka jest istotna dla wielu z nas. Należy jednak pamiętać, że to my decydujemy i ponosimy konsekwencje własnych działań. Rozwój nie jest ani prosty, ani łatwy, ani szybki. Nikt za nas nie zrobi, tego co mamy zrobić. Prawdziwy rozwój to wszystko to, co jest dla nas niedostępne (wg nas samych), trudne, mało możliwe, niewygodne i najchętniej ucieklibyśmy. Wielu ludzi odcina się lub coś, ale ogona się nie odetnie, on jest zawsze za nami, chyba że się z nim zmierzymy i  spojrzymy mu głęboko w oczy. Strach ma wielkie oczy ;) . Dla mnie joga to nie są tylko asany. Są dni kiedy mam kryzys, bo nie rozumiem zaistniałej sytuacji, wiec jestem zła, pozwalam sobie na to i bardzo potrzebuję wtedy czasu do zrozumienia swoich zachowań. Jestem wciąż ciekawa jogi, ale ta ciekawość przerodziła się w coś zupełnie innego, w poszukiwanie i zagłębianie się w siebie i zrozumienie dla tego, co mną kieruje. Jeśli chodzi o samą praktykę asan moim faworytem jest Simon Borg-Olivier z Synergy Yoga. Interesuje mnie Calligraphy Yoga i Vinjasa Krama. Przez wiele lat uprawiałam asztangę, satjanadę i nidrę. Moja praktyka bardzo się zmieniła, zainteresowałam się anatomią i wciąż się uczę.  Obecnie praktykuję winjasę. Coraz bardziej dostrzegam sens prostej praktyki. Wielu ludzi jednak pojmuje jogę jako ćwiczenia i umiejętność wykonania ich i nic poza sferą fizyczną. Z całą pewnością mam praktykę własną. Niestety, nie jestem w pełni joginem ze świętych pism. Pracuje dużo, czasem się denerwuje i odkrywam kolejne mankamenty swojego umysłu do natychmiastowej lub wielomiesięcznej poprawki. Cieszę się jednak, że znalazłam w życiu możliwość, która jest spójna z moim postrzeganiem rzeczywistości i głębokimi tęsknotami z dzieciństwa. Jestem ciekawa i wiele rzeczy mnie interesuje. Fascynuje mnie ciało człowieka i jego możliwości, a jeszcze bardziej umysł ludzki. Interesuje mnie wszystko to, co pomaga mi w mojej pracy, życiu, jego lepszym i głębszym zrozumieniu. Do swojej praktyki własnej włączyłam inne formy usprawniania swojego umysłu i ciała. Nie tylko pracuje z ludźmi. W pierwszej kolejności poddaję się pracy nad sobą. Po kilku latach wymagającej iczasochłonnej nauki zostałam terapeutą craniosacral (czaszkowo-krzyżowym) oraz Polarity. Zwłaszcza metoda Polarity jest bardzo ciekawa, ponieważ została oparta na ajurwedzie i filozofii jogi.  Co do Indii wróciłam tam jeszcze 4 razy i wybieram się ponownie już w lipcu. Dla mnie jest to miejsce pełne skrajności.  Zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że kocham Indie, ale chcę je poznać dogłębnie. Staram się podróżować jak najwięcej i poznawać ten kraj i jogę w wielu wydaniach, tak aby odnaleźć to, co spójne we wszystkich jej tradycjach. Raczej nie zostaję w jednym miejscu, za każdym razem odwiedzam i zjeżdżam inny stan. Moim miejscem na ziemi jest póki co Grodzisk Mazowiecki i Nepal do którego jeszcze nie wróciłam. Czy joga to sposób na życie? Dla mnie z pewnością, włączając jeszcze moje wcześniejsze zawody i zamiłowania do terapii, wspaniałych gongów i mis, na których gram ;). Przeszłam długą drogę i musiałam bardzo dużo pracować z tym, co miałam w sobie. Wiem, również że joga nie jest dla wszystkich, bo każdy jest inny i każdy jest gotowy, tyle na ile jest gotowy ;) . Nie każdy jest w stanie zainteresować się nią poważnie, a nie da się jej podzielić na części. Ludzie chcą czuć się dobrze, ale bez zaglądania w swoje odległe i zapomniane przestrzenie.  Nie każdy jest w stanie znieść dyscyplinę, którą  ja miałam od urodzenia. Interesuje mnie świat, jego zasady, filozofia wschodu, odkrywanie i branie odpowiedzialności za własne czyny. Nie jest ławo, ale chyba nic innego nie umiałabym zrobić, tak jak, to co robię obecnie ;) Ola Adamczyk Artia Joga

40471_149706885046635_5210726_n

Foto z prywatnych zbiorów Oli

Dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoją historią ;)

Namaste

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Jak to jest z nami, Joginami

04 lut

Dziś wpis taki bardzo osobisty, bowiem dziś będą moje przemyślenia i kilka ocen, z którymi się nie zgadzam.

Joga dla wielu stanowi jeszcze dziwne skojarzenia, zwłaszcza dla tej starszej części społeczeństwa. Ja osobiscie spotkałam się z brakiem zrozumienia, choć próbowałam w przejrzysty wg mnie sposób przedstawić po co to robię i co mi to daje. Zależało mi na tym, ponieważ  próbowałam przekonać swoich bliskich. Nie udało mi się. Czuję lekki smutek, ponieważ najbliżsi nie rozumieją mojej pasji, pisania, nawet bloga. Ciągle słyszę pytania w stylu: Po co to robisz, nawet nic nie zarabiasz… I to boli. Bo rzadko kto wie, że ja to po prostu kocham. Wiem, że nie mogę się zadręczać, kocham jogę i pisanie.No i mam Was. Jesteście moim napędem ;)

Dziś zrozumiałam, że choć byłoby łatwiej gdyby rodzina wspierała, to jednak z drugiej strony gdy odczuwamy brak zrozumienia, zaczynamy odczuwać jeszcze większą determinację do działania. Ja na nowo ją dziś odkryłam ;)

Kochani, a jak u Was? Czy też czujecie się nie rozumiani, czy Wasza pasja spotyka się z niechęcią otoczenia czy na przykład z brakiem zrozumienia?

A czy są wśród Was tacy, którzy również przez to, że praktykują jogę czują się troszkę odtrąceni przez bliskie grono? Ja spotkałam się z oceną takiej treści: Marta, joga cię za bardzo uspokoiła. Albo z przekonaniem, że jeśli nie piję alkoholu, nie mogę być interesująca…Hm…Macie tak samo Drodzy wyjogowani???

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Myśli jogowe