RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Cykl „Historia jogina”’

Mateusz Deker

26 kwi

Na historię Mateusza czekałam jakiś czas, ale wiedziałam że warto ;) Mateusz jest szalenie zapracowaną osobą i cieszę się, że znalazł czas na to by spisać swoją historię.

Nie poznałam osobiście Babci Mateusza, Pani Marii Stróżyk ale swoją przygodę z jogą zaczęłam właśnie u Niej w Studio, a Mateusza poznałam na korytarzu…. Sprecyzuję, nie poznałam, po prostu przeszedł koło mnie ;) Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedyś dla mnie i dla Was napisze. Słyszałam, że jest pozytywną i kontaktową osobą i mam nadzieję, że kiedyś dane będzie mi Go poznać w realu ;)

Moja historia miłości do jogi będzie raczej nietypowa. Z jogą mam do czynienia w zasadzie od dziecka. Osobą, która pokazała mi jogę jest jedna z prekursorek jogi w Polsce Maria Stróżyk, która prywatnie jest moją Babcią. To u niej w wieku około 13 lat po raz pierwszy próbowałem swoich sił w jodze. Początkowo udział w zajęciach traktowałem jako zabawę i receptę na spędzenie wolnego czasu. Co roku w okresie wakacyjnym brałem udział w obozach regularnie organizowanych przez Babcię w Zielonce, a także w ośrodkach wypoczynkowych nad morzem. Poznawałem tam podstawy jogi wg metody B. K. S. Iyengara. Jednak w tamtym czasie mój związek z jogą miał raczej charakter romansu, a nie prawdziwej miłości, co wkrótce miało się zmienić.

W wieku 18 lat, po napisaniu matury, dowiedziałem się o metodzie Ashtanga Jogi, która prawdziwie mnie zafascynowała – jej poznanie zawdzięczam Basi Lipskiej, bezpośredniej uczennicy Sri. K. Pattabi Joisa. U niej w roku 2007 ukończyłem kurs nauczycielski Ashtanga Jogi. Można powiedzieć, że do pewnego stopnia była to odskocznia od niepowodzenia, które w tamtym okresie mnie spotkało – nie dostałem się na wymarzone studia! Przez rok praktykowałem ashtange, jednocześnie stawiając pierwsze kroki w nauczaniu jogi. Wtedy była to bardzo kameralna grupa dwóch, sporadycznie trzech osób, jeden raz w tygodniu. Przez ten rok starałem się nie tylko doskonalić praktykę, ale także zgłębiać teorię jogi. Swoją pasję chciałem połączyć z działalnością naukową co zaowocowało zmianą wyboru kierunku studiów na filozoficzne. W tamtym okresie byłem zafascynowany szeroko pojętą ontologią – nie tylko mającą swe korzenie na Dalekim Wschodzie. Ta fascynacja zaowocowała obroną pracy licencjackiej z filozofii „Tomizm a gnoza. Dwa spojrzenia na byt i jego wartość. Wprowadzenie do filozofii św. Tomasza z Akwinu”. Moje poszukiwania naukowe trwały. Po licencjacie podjąłem studia magisterskie w Instytucie Kulturoznawstwa na kierunku Religioznawstwa, które zakończyła obrona pracy „Joga w kulturze Zachodu. Przemiany i recepcja indyjskich technik samozbawienia – tło i współczesność”.

Przez cały ten czas nieustannie uczyłem metody Ashtanga Yogi w wielu miejscach w Poznaniu. W 2012 roku wziąłem udział oraz ukończyłem Teacher Training Course z Manju Jois’em – synem Sri. K. Pattabhi Jois’a, który upewnił mnie w słuszności podjętej drogi i zainspirował do dalszego nią podążania.

Tak jak kontynuuję praktykę jogi, tak też postanowiłem kontynuować zgłębianie jej teorii. W roku 2013 zostałem przyjęty na studia doktoranckie w Katedrze Religioznawstwa UAM, w której niedawno udało mi się wszcząć przewód doktorski na temat „Recepcji jogi w kulturze polskiej na przykładzie wybranych koncepcji”.

Ponieważ joga to także teoria, postanowiłem oprócz zajęć praktycznych prowadzić zajęcia teoretyczne. Opracowałem fakultatywne konwersatoria dla studentów poznańskiego UAM’u „Joga w kulturze Zachodu” oraz „Hinduizm”, które cieszyły się dużym zainteresowaniem.

Moja pasja do praktyki jogi i przekazywania zdobytej wiedzy trwa nadal. Rok temu po raz pierwszy udałem się do Indii, gdzie przez 3 miesiące uczyłem się pod okiem Sharatha Joisa – wnuka K. Pattabhi Joisa w KPJAYI w Mysore – kolebce Ashtanga Vinyasa Yogi. Po tej podróży wiedziałem, że muszę tam wrócić. Jak postanowiłem tak też uczyniłem, a tę krótką historię piszę właśnie z Mysore, gdzie w tym roku spędzam właśnie drugi miesiąc, czerpiąc po raz kolejny z samego źródła Ashtanga Yogi.

13059514_1069299499796923_1927520051_n

Źródło: Z prywatnych zbiorów Mateusza.

 
 

Inka Kozłowska

30 mar

Poświątecznie i wyjątkowo w środę:)

Witajcie Kochani ;) Mam nadzieję, że choć troszkę ćwiczyliście ;):):)

Dziś historia Inki.I tu troszkę prywaty. Naszą dzisiejszą bohaterkę spotkałam na swoich pierwszych zajęciach jogi  w Studio Marii Stróżyk w Poznaniu. Inka jest pozytywną i bardzo sympatyczną osobą  ;)  Ona dała mi pierwsze lekcje, wskazówki i to dzięki Niej jestem teraz tu gdzie  jestem ;) Kto nie był na zajęciach, gorąco zachęcam. A teraz historyja ;)

Joga w moim życiu, joga we mnie, joga ode mnie dla Was. To właściwie cała historia, która jest teraźniejszością, nieustannym przypominaniem sobie gdzieś w środku i na powierzchni skóry co to Ahimsa, Satya, jak być szczęśliwym ze sobą i z innymi, jak czynić dobro, widzieć w ludziach światło.

Byłam bardzo dorosłą osobą gdy spotkałam jogę. Ale było to spotkanie zupełnie naturalne, jakby tak miało być, jakbyśmy o sobie wiedzieli i czekali na to spotkanie. Nauczyciele na mojej drodze to wspaniali ludzie, Maria Stróżyk, przez chwilę Mateusz Stańczak, który pokazał mi kto jest dalej czyli Jurek Jagucki, wielki mam sentyment do Jurka i jego ciepłego i wyrozumiałego widzenia świata. Potem Konrad Kocot, Heniu Liśkiewicz, Kasia Pilorz, Robert Spica, Ewa Wardzała, Natasza Moszkowicz. Również bardzo ważny dla mnie profesor Lesław Kulmatycki – organizator i prowadzący pierwsze w Polsce studia podyplomowe o jodze w państwowej uczelni jaką  jest Akademia Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Także Lois Steinberg, urocza nauczycielka ze Stanów corocznie przyjeżdżająca do Polski, Rita Keller, niesamowicie precyzyjna i przyjazna nauczycielka z Niemiec i jeszcze kilka osób. No i na pewno i przede wszystkim Guruji B.K.S.Iyengar, od którego dla mnie i wielu zaczęła się joga Iyengara. Wspominam ostatnie z Nim spotkanie w 2014 roku, gdy będąc w grupie zorganizowanej przez Krakowski Warsztat Jogi (Ewa i Natasza) odwiedziliśmy Punę na kilka dni. Byliśmy blisko Gurujiego, mądrego, serdecznego, doświadczonego w znaczeniu wiedzy i mądrości ale też doświadczonego trudnym życiem nauczyciela. Wszyscy nauczyciele , tak samo jak Ty i ja, słabi i mocni jednocześnie, zbudowani z tych samych żywiołów:  ziemi, wody, ognia, powietrza i eteru. Tak samo jak Ty i ja urodzili się i odejdą. Jestem szczęśliwa, że ich spotkałam, bądźmy szczęśliwi, że się spotkaliśmy, to może się nie powtórzyć.

Jestem  certyfikowaną nauczycielką jogi Iyengara. Uczę od 2004 roku. Od tego czasu stałam się nauczycielką Introductory II potem Juniorem I a w 2015 roku Juniorem II.  W międzyczasie ukończyłam studia u profesora Kulmatyckiego, teraz współpracuję z uczelnią prowadząc część zajęć dla studentów którzy już są albo może będą nauczycielami jogi. To jest jak droga, czasami trochę kręta i trudna,  czasami szeroka i jasna, jak życie. Joga przenika, nadaje sens, uczy. Staje się towarzyszem codzienności. To czego raz się nauczysz, zostaje w Tobie na zawsze. Pierwsze silne impulsy z czasem łagodnieją i wtapiają się w Ciebie. Uczy się Twoje ciało, zmysły, umysł, świadomość. To co jest ważne dla mnie jako nauczyciela, to absolutne przekonanie, że joga jest dla wszystkich. Ty wybierzesz jej rodzaj, odmianę, szkołę – w dzisiejszych czasach jest ich wiele. Mądry nauczyciel będzie wsparciem, pokaże drogę, ale Ty nią pójdziesz, coraz bardziej samodzielnie. Gdy pisałam pracę o jodze na mój pierwszy nauczycielski egzamin, użyłam przenośni „Początkujący uczniowie są jak dzieci, które uczymy chodzić, najpierw pomagamy im bardzo dużo, podpieramy, chronimy przed upadkiem. W miarę upływu czasu widzimy postępy, coraz więcej samodzielności i odwagi. Po pewnym czasie osoby te są mniej początkujące i potrzebują nauczyciela mniej, odkrywają praktykę własną, innych nauczycieli, czasami sami zostają nauczycielami. I tak jest dobrze, jest to szczęście i radość.”  Wierzcie mi, gdy widzę jak wspaniale i harmonijnie jest z jogą i za sobą mój uczeń, odczuwam olbrzymią satysfakcję i wewnętrzną radość. Nie przypisuję sobie zasługi, bo to praca, wyrzeczenia i dążenia tej osoby dały jej pozytywne bycie z jogą. Ale fajnie, że mogliśmy zaczynać razem.

Lata praktyki i uczenia dały mi subtelniejszy obraz osoby, którą spotykam na zajęciach,  Coraz bardziej interesuje mnie joga terapeutyczna, nie tylko dla kręgosłupa, całe ciało, nie tylko fizyczne często potrzebuje pomocy i wsparcia, no i każdy może to dla siebie zrobić – zacząć praktykować jogę. Nauczyciel pokaże drogę – Ty nią możesz podążać.  Ja też cały czas się uczę.  W końcu, jak powiedział B.K.S.Iyengar:„Wszyscy jesteśmy początkującymi” ;)

Pozdrawiam Was wszystkich z tego miejsca.

Namaste.

11953595_10206116347960813_2617947132454681340_o

Fot. Prywatna fotografia ze zbiorów Inki.

Właściciel: Salamba Hatha Yoga

www.salamba.pl

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Mariusz Maćkowiak

08 mar

Z okazji dnia kobiet, no i że dziś kolejny wtorek,  przedstawiam historię Pana Jogina ;)

Mariusz, to jogin z poczuciem humoru, jednocześnie pisze bardzo mądrze o jodze. Joga to nie rywalizacja, joga to bycie tu i teraz, na macie, ze sobą ;) Pamiętajmy o tym zawsze.

Zachęcam do czytania.

Cześć. Jestem Mariusz i mam 43 lata. Wiodę raczej spokojne życie w 19-tysięcznym mieście w Wielkopolsce. Joga przemykała przez moją percepcję już wcześniej – jestem osobą ciekawą świata i ludzi -kultur, tradycji, a nade wszystko – myślenia, życia i sensu. Nic mnie jednak nie poruszało tak intensywnie do zawarcia ” bliższej znajomości” z jogą do czasu aż – jakieś 4 lata temu – słuchałem audiobooka „Jedz, módl się, jedz” Michaela Bootha…Wtedy, tak naprawdę – zacząłem się interesować filozofią i stroną praktyczną jogi. Niestety nie szło to od razu w parze z rozpoczęciem ćwiczeń ,albo szukaniem zajęć w moim otoczeniu. Po prostu urzekło mnie ,że można się zmęczyć tylko oddychaniem lub staniem prosto. Do „40″ mało skupiałem się na swoim rozwoju – sądziłem ,że jazda na rowerze ( nie mam samochodu) ,zwykle do pracy i z powrotem ,zupełnie wystarcza mojej kondycji . Jednak po ukończeniu 40 lat – jak u wielu chyba facetów – coś zaczęło mnie refleksyjnie „nawoływać” – weź się gościu za siebie, bo szpagat to robiłeś 23 lata temu ,i chyba w życiu do tego nie wrócisz…;-)

Ok, nie wróciłem ( na razie) ,ale nadziei nie porzucam ;-)

Gdy dojrzałem do decyzji aby „coś” zacząć ,postanowiłem pójść we wrześniu 2013 na zajęcia zumby – dowiedziałem się ,że ktoś w moim mieście prowadzi coś takiego. Oczywiście ,gdy powiedziałem o tym zamiarze w pracy kolegom ,usłyszałem, że tam chodzą same kobiety i żaden z nich by się nie odważył pójść na takie zajęcia – dla facetów to jest siłownia. No chyba ,że chce się iść żeby się ponapalać na ćwiczące babki – ale widzów to chyba tam nie wpuszczają….

W pewną środę wziąłem dres i poszedłem na zumbę….Niestety, właśnie zajęcia się skończyły – powiedziała mi sympatyczna ,uśmiechnięta Pani,ale to nic ,bo ona zaraz zacznie prowadzić sesję jogi i mnie serdecznie zaprasza ! Tak poznałem Justynę Bilawę ,która do dnia dzisiejszego jest mi trenerką i dobrą koleżanką. W zajęciach jogi uczestniczę od 2 i pół roku .Bardzo rzadko opuszczam te wtorkowe ,półtoragodzinne „przygody” ze swoją duchową i fizyczną samorealizacją .Nie potrafię zmotywować się (na razie! ) do własnych ćwiczeń w domu ,ale wierzę ,że kiedyś to nastąpi.:-) Nie potrafię rozpoznawać oryginalnych nazw asan – nie mam jednak z tym problemu.

Największą satysfakcję daje mi możliwość polecania uprawiania jogi różnym znajomym ,lub nowo poznanym ludziom ,którzy zwracają uwagę na moją sylwetkę i otwarty ,życzliwy sposób bycia. Cieszy mnie również ,że nie jestem już”rodzynkiem” – jedynym mężczyzną na naszych zajęciach – powoli ,acz nie systematycznie „chłopaki” się pojawiają…;-)

Co do „jogowego” życia – myślę,że nie jest ono łatwe – szczególnie dzisiaj w świecie skomercjalizowanym i ukierunkowanym na „sukces” za wszelką cenę . Chyba nie można (poza trenerami – pasjonatami,którzy aktywnie,”zawodowo” zajmują się jogą) uwolnić się od tych zdefiniowanych  słabości : porównywania się z innymi, braku systematyczności , rezygnacji i bólu, zapominaniu o oddychaniu w praktykowaniu jogi, krótkich okresach zwątpienia…

Mam na to jednak odpowiedzi z „jasnej strony życia” – pozytywnego myślenia – poprawę koncentracji ,umiejętność „osiadania w teraźniejszości” , radość z własnych – nawet małych – postępów , praktykę w medytacji i poza wieloma innymi – okazję poznawania przez jogę ludzi otwartych i życzliwych! Bo czy można praktykować jogę i nie  mieć w sobie tych cech ? Według mnie nie można.:-)

Wiem, że o jodze mówi się dużo – raz mądrzej, raz nie…;-) Mam na to jedną odpowiedź – spotkajmy się na macie i spróbujmy poddać się „ćwiczeniu”…Nawet jeżeli joga nie jest dobra dla wszystkich – tylko doświadczenie pozwala wyrobić sobie uczciwy i prawdziwy osąd czy jest dobra dla mnie!

Namaste. :-)

 

Bardzo dziękuję, że opisałeś nam swoją historię ;) I trzymam kciuki za praktykę w domu ;)

 
 

Paulina Maliszewska

24 lut

Dziś kolejna historia. Z lekkim poślizgiem, ale dopiero odzyskałam dostęp do laptopa.

Za każdym razem gdy poznaję losy naszego wtorkowego bohatera,czuję się dumna i szczęśliwa, że chcecie te historie poznawać. Każdy z Was wkroczył na matę w inny sposób,w różnym wieku,nieraz po chorobie,urazie.Ale każdy z Was odkrył w jodze coś dla siebie. I to jest wspaniałe :)

Moja przygoda z jogą zaczęła się stosunkowo wcześnie. Moi rodzice zawsze dbali o mój rozwój psychofizyczny, dlatego w wieku 7 lat zaczęłam trenować pływanie a niedługo później, bo w wieku 11 lat trafiłam na pierwsze zajęcia jogi dla dzieci do mojej nauczycielki – Lidii Bielewicz. Sport towarzyszył mi praktycznie od zawsze. Angażowałam się w stu procentach w to, co robiłam. Był to moment, kiedy byłam tu i teraz. Tylko ja i mój mały, a zarazem wielki świat. Ale wiem to dopiero teraz, z perspektywy czasu, po ponad dziesięciu latach. Ale wracając do mojej historii… Lata mojej praktyki spokojnie upływały. Odnosiłam duże sukcesy w pływaniu. U szczytu formy zajmowałam miejsce w pierwszej dziesiątce na Mistrzostwach Polski. Jednak przyszedł dzień, w którym niewielki problem zdrowotny uniemożliwił mi trenowanie na kilka miesięcy. Wtedy bardziej „zaprzyjaźniłam się” z jogą. W wieku około 13 lat zadecydowałam, że chcę uczęszczać na zajęcia jogi dla dorosłych. Początki nie były łatwe. Ledwo co sięgałam dłońmi do podłogi przy Uttanasanie. Ale jak już wspomniałam wcześniej, zaangażowanie plus moja (czasem wybujała) ambicja poskutkowały szybkim progresem. Wybrałam się samotnie na wakacje z jogą do Smołdzina (magiczna podróż, ale na osobną historię ). Bardzo chciałam dorównać wszystkim pozostałym Paniom. Moja nauczycielka, Pani Lidka, też nie pozwalała mi odpuścić: instruowała mnie, korygowała, z czasem zaczęła zachęcać do udziału w warsztatach, które organizowała zawsze wiosną i jesienią w Gołuchowie obok mojego rodzinnego miasta. W wakacje przed pójściem do liceum w moim „sportowym” życiu pojawił się triathlon. Znów coś dodatkowego pochłonęło mnie bez końca na prawie 3 lata, choć z zajęć jogi nie zrezygnowałam. Ponownie zaczęłam odnosić sukcesy. W swojej kategorii zajęłam 10. Miejsce w Polsce. Treningi jednak były czasochłonne i przede wszystkim o wiele cięższe. Pojawiło się wiele napięć w moim ciele. Wtedy zrozumiałam jak piękne jest uczucie, kiedy Twoje ciało jest zupełnie rozluźnione. Klasa maturalna i natłok obowiązków „zmusiły” mnie do podjęcia ostatecznego wyboru. I był to najlepszy wybór w moim życiu. Wszystkie zawody, zmagania, wygrane są dziś tylko miłymi wspomnieniami, doświadczeniami i częścią mojej drogi do wolności ciała i umysłu. Jogę w moim życiu mogę porównać do najlepszego przyjaciela. Zawsze była przy mnie, choć nie wymagała poklasku. Pomagała mi uspokoić myśli i odprężyć się, gdy stawałam przed najważniejszymi życiowymi wyborami. Ale to tak naprawdę dopiero początek mojej przygody. Pani Lidka stopniowo oswajała mnie z rolą nauczyciela. Najpierw pod jej nadzorem pokazywałam pojedyncze asany, później całe lekcje aż w końcu przyszedł dzień, w którym pierwszy raz sama stanęłam na macie przodem do reszty grupy. Niesamowite uczucie. Spodobało mi się! Przypadek (choć osobiście uważam, że przypadków nie ma) chciał, abym kontynuowała swoją przygodę. Gdy wyjechałam na studia do Poznania od razu trafiłam do Sylwii Pędzich, która otwierała właśnie swoje studio Joga Wita. Zaufała mi, pozwoliła wybrać godziny w grafiku, które chciałabym zagospodarować na swoje zajęcia. Dziś mija prawie dwa i pół roku od kiedy prowadzę zajęcia, jako certyfikowana nauczycielka w Joga Wita. Oprócz tego całkiem niedawno rozpoczęłam swoją małą „misję”, jako BJJoga i prowadzę zajęcia dla osób, które uprawiają sztuki walki, w szczególności brazylijskie jiu jitsu. Moim marzeniem od zawsze była praca bezpośrednio z ludźmi, a dodatkowo ogromną radość sprawia mi, gdy mogę komuś pomóc i uwolnić od bólu, bo sama doskonale wiem, jaki to uczucie. To co w jodze najpiękniejsze, to właśnie ta droga. Codzienna wygrana z samym sobą. Odkrywanie swoich możliwości, ale i też ograniczeń. Kiedy ktoś mnie pyta: „Co daje joga?” zwykle odpowiadam „Mnie osobiście dała wolność i nauczyła pokory.”. Kiedyś zawzięcie dążyłam do wyznaczonego celu, teraz wiem, że sumienna praca w zgodzie z moją naturą sama doprowadzi mnie do celu.

12746407_1150806498276967_1499783746_n

Foto z prywatnych zbiorów Pauliny.

Spodobała Wam się historia? Jeśli tak i chcielibyście poznać Paulinę w realu zapraszam w Jej imieniu do Studia Joga Wita w Poznaniu.

 
 

Ola Adamczyk

09 lut

Z Olą znamy się od wielu miesięcy. Jest bardzo serdeczna i miła ;) Ucieszyłam się, gdy pomimo swojego zapracowania znalazła czas by opisać swoje początki z jogą ;)

Po przeczytaniu Jej historii zaczęłam doceniać Jej osobę jeszcze bardziej. Przez pryzmat Jej odwagi i determinacji, potrafiła wszystko rzucić, by odkrywać nieznane. Potrafiła zakończyć coś, co nie przynosiło Jej satysfakcji, radości. Oddała się jodze, a jednocześnie jest zdania iż  od nas samych zależy wszystko, to my  dokonujemy zmian , a joga nam w tym jedynie  pomaga ;)

Zachęcam Was do poznania bliżej Oli ;)

Kiedy Marta poprosiła mnie o napisanie swojej historii, powiedziałam jasne, ale kiedy usiadałam nad kartką, okazało się, że historia wcale nie jest taka jasna ;)  Od czego zacząć? Czy ktoś jeszcze czyta takie opowieści? Moja przygoda jest prawdziwa i mało kolorowa. Większości z niej nie będę Wam przybliżać. Aby zrozumieć moją decyzję, musze wrócić do czasów kiedy miałam 16-21 lat. W moim życiu przeplatało się tyle scen, jak na dzikim rodeo. Z dramatu w rozpacz, z rozpaczy w ciszę, z ciszy w poszukiwanie. Szczerze mówiąc nie wiem, które wydarzenie najbardziej popchnęło mnie w stronę jogi, choć po kilku napisanych zdaniach chyba już wiem, że wszystkie. Tuż po studiach wybranych przez moją rodzinę, odczuwałam ogromny niedosyt i zagubienie. Wkroczyłam do tak zwanego wielkiego świata. Dziewczyna z domu w którym nie było wolności i możliwości wyboru. Wyboru dokonywał najważniejszy członek rodziny i koniec kropka. Na szczęście wszystko się zmieniło. Moją wolnością była wielka i wybujała wyobraźnia, filmy dokumentalne o świecie, jego funkcjonowaniu, zasadach, odległe podróże w książkach i atlasach, wielogodzinne wpatrywanie się w przestrzeń z 6 piętra i samotne spacery. To podczas nich dowiadywałam się, o tym jak żyją inne nastolatki, jak wyglądają ich relacje z rodzicami i co robią w czasie wolnym. Komuś może wydać się to śmieszne, ale nie mnie, ponieważ mój własny czas też był pod ścisłą kontrolą. Być może zamiłowanie do wolności, do możliwości życia wg własnego wyobrażenia zaprowadził mnie do szkoły jogi. Świetnie nadawałam się do pracy w dużej instytucji pod dużą kontrolą, to miałam opanowane do perfekcji. Musiałam nawet zapisywać czas wyjścia do toalety. Wszędzie kamery, szefowie, podsłuchy w telefonach i podglądy skrzynek, wierzcie to jest dramat. Pasowałam tam jak ulał. Mając 24 lata, pamiętam jak dziś, siedząc w zamkniętym boksie, oddychając „świeżym powietrzem prosto z górskiej klimatyzacji”, patrząc w niebo zadałam sobie jedno pytanie – czy Twoja praca komuś służy – ale tak naprawdę? Nie Ola, to co tu robisz? I tak się zaczęło. Idąc do pracy odczuwałam ogromną presję i strach, przed kolejnym spotkaniem z tymi szczującymi się wzajemnie ludźmi. Oni szczuli mnie, ja potem kolejnych i taki bezkresny łańcuch szczucia rozpoczynał się każdego dnia. Szukałam sposobu, aby uciec i odpocząć. Praca zamieniała się w niekończące się godziny. Zmieniałam działy i stanowiska. Cieszyłam się, że jestem gdzieś indziej, ale po miesiącu okazywało się ze wpadłam z deszczu pod rynnę. W obliczu takiej sytuacji, musiałam szybko coś znaleźć, żeby nie zwariować ;). Pewnego sobotniego wieczoru, moja koleżanka powiedziała do mnie – Ola, idź na jogę. Niewiele wiedząc i myśląc, w poniedziałek byłam już na pierwszych zajęciach. To one były dla mnie przełomowe. Czy byłam zadowolona, trudno mi nawet powiedzieć, chyba tak. Modliłam się, żeby się skończyły ;) W liceum i na studiach nie chodziłam na w-f. Szczerze mówiąc, nie umiem pływać, jeździć na nartach, łyżwach czy rolkach – choć wszystkiego spróbowałam. Wielu rzeczy nie umiem. Jednak po zakończeniu zajęć natychmiast kupiłam karnet na cały miesiąc, żeby nie było odwrotu. Po zajęciach odczuwałam taki stan spokoju i ciszy, upajałam się nim ;) . Przez kilka minut siedziałam przy samym rondzie, pod wielkim hotelem w samym centrum Warszawy, obserwując wszystko, co dzieje się dookoła mnie. Miałam wrażenie, że ktoś włączył pilota z opcją zwolnione tempo.  Dosłownie przeraziło mnie to, co działo się w mojej głowie przez wiele lat. Wcześniej tego nie dostrzegłam, bo niby jak? Na Boga, co musiało być w tej głowie, skoro poczułam taką lekkość i spokój ;) . Ten dzień stał się nowym rozdziałem w moim życiu. Z chodzeniem na zajęcia nie miałam nigdy problemu. Czekałam z niecierpliwością na każde zajęcia i zmieniłam plan dnia, budząc się o 04.45 i dojeżdżając 25 km pociągiem podmiejskim do centrum Warszawy. Urywałam się z pracy, niby na pilne spotkania i biegłam na jogę również wieczorem. Pracowałam bardzo dużo i przesiadywałam non stop w zamkniętej klatce. Praktyka hathajogi dawała mi możliwość zatrzymania, przemyślenia, refleksji i wybrania innej opcji w życiu, niż tę narzuconą i w jakiś stopniu zaakceptowaną przez mnie, na którą sobie pozwoliłam. Stała się moją jedyną pasją, taką prosto z serca, która pochłonęła mnie do końca i na poważnie. Nic tak bardzo mnie nie cieszyło zakup nowej książki, czytanie wszystkiego co z nią związane, oglądanie doświadczonych praktyków, uprawianie jej oraz medytacja i nidra. Chodziłam do antykwariatów i szukałam starych książek o jodze, przesiadywałam i pochłaniałam je jak tylko się dało i gdzie się dało. Uczęszczałam na wszystkie możliwe warsztaty i wyjazdy jakie były. Po metodzie Iyengara, zakochałam się w asztandze, co również się zmieniło ;) . Wymyśliłam sobie samotną podróż do Nepalu przez Indie. Przeglądałam instytuty i ostatecznie zdecydowałam się na wyjazd, początkowo w formie żartu i marzenia.  Przyszedł jednak dzień ostatecznego rozliczenia. To był rok 2008. W październiku poleciałam pierwszy raz w życiu zupełnie sama do Indii. Na lotnisku w Polsce tak się denerwowałam, pytałam przyjaciółki, co ja mam teraz zrobić, tyle lat nie mówiłam po angielsku, nic nie pamiętałam. Chęć zobaczenia i zrobienia tego, co było od dawna w moim sercu była tak wielka, że nie mogłam się powstrzymać. Czułam się jak małe dziecko, idące samo w świat, nogi mi się uginały, ale serce wyrywało do przodu. Do długich godzinach lotu dotarłam do New Delhi. Szybko okazało się, że mój bagaż zaginął, a ja zostałam z paszportem i pieniędzmi – na szczęście tylko tyle i aż tyle. Moje złudzenia co do tego kraju jako zupełnie magicznego i duchowego szybko się rozmyły. Już na początku przewróciłam się potykając o bezdomnego przykrytego kawałkiem worka. Chodziły za mną dzieci i psy. Ludzie mieszkający na ulicy, na kartonie. O matko, to było dla mnie za duży szok. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie mogłam się odnaleźć. W Indiach spędzałam zaledwie kilka dni i po przybyciu bagażu poleciałam do Nepalu. W sumie nie wiem czego mogłam się spodziewać ;) przecież to Indie. Jednego wieczoru spakowałam się i znalazłam na lotnisku. Spędziłam tam 15 godzin, czekając na najbliższy lot do Nepalu. W Nepalu nie mogłam znaleźć hotelu, ale trafiłam jeszcze lepiej. Przygarnął mnie z ulicy do aśramu mnich tybetański, jednak mogłam tam zostać tylko na jedną noc. Szybko się nauczyłam żyć wg tego co się wydarzy, bez kreacji i planu – czyż joga tego nie uczy ;)  Tam nie sposób jest mieć plan! Na drugi dzień znalazłam Divine Yoga Institute, który prowadzi do dziś Thakur Krishna Uprety ( Sannyasi Vishnuswarooop – lekarz, napisał ponad 40 książek o tematyce jogicznej ). Jest przedstawicielem tradycyjnego stylu wg Satyanandy z Bihar School of Yoga. Thakur uczył mnie sam na sam. Miałam grafik i przychodziłam na wielogodzinne wykłady oraz praktykę do starego szpitala. Thakur był zawsze uśmiechnięty i serdeczny. Nigdy się na mnie nie zdenerwował. Zapraszał mnie do swojego domu na wspaniałe obiady i prosił o opowieści z innego świata. Mijały godziny i kiedy się zorientowaliśmy musiałam zostać w jego domu bo była noc. To mnie ujęło. Jego żona była bardzo uprzejma i gościła mnie jak córkę, a nie musiała. Nie było takiej umowy, nie chcieli pieniędzy a do tego miałam własny kąt. Będąc młodą, nieogarniętą adeptką, nie rozumiałam do końca powagi jego nauczania, ale fascynacja i chęć zdobywania wiedzy była ogromna. Dopiero dziś mogę w pełni stwierdzić, że trafiłam bardzo dobrze, szkoda tylko że zrozumiałam to po wyjeździe, no ale… Spędzając trzy miesiące w otoczeniu Himalajów, przyjaznych ludzi, innego, fascynującego świata (były też rzeczy, które zupełnie nie podobały mi się), niebywałych przygód w postaci ludzi „wydobywających się spod ziemi” aby mi pomóc wiedziałam, że nie będę mogła wrócić do poprzedniej wersji życia, nawet nie chciałam. Byłam w stanie rzucić wszystko w jednej chwili. Zachłysnęłam się wolnością i innymi możliwościami. Nawet w góry chodziłam bez mapy, a korzystając raz ze stopa zorientowałam się że kierowca był pijany, nawet takie drobne zdarzenia odmieniły moje postrzeganie świata ;). Zaczęłam na poważnie studiowanie filozofii jogi i wschodu. Po powrocie do Polski zaliczyłam poważny upadek ze schodów i pękł mi staw skokowy – skomplikowane z powikłaniami, wiec na 2,5 miesiąca trafiłam do łóżka, aby przemyśleć, co będzie dalej. Na szczęście życie jest jak wspaniały księgowy, który pamięta zawsze o tobie, twoich potrzebach  i świetnie rozlicza swoje konta na całym świecie ;). Przyszedł czas na konto Oli ;) Nie miałam wyboru, pracodawca dał mi tak do wiwatu, że w ciągu 5 minut położyłam wypowiedzenie i wyszłam. Zostałam bez niczego!!! Wiecie, co jest najciekawsze w tym doświadczeniu? Kamień spadł mi z serca i poczułam się lżejsza o jakieś 150 ton. W głębi serca się cieszyłam. Co do pracodawcy, taka jego rola ;). Musiałam otworzyć oczy i w gruncie rzeczy zrobił mi wielką przysługę, ale to zrozumiałam dopiero później. Rok wcześniej, czyli w 2007 założyłam szkołę jogi w Grodzisku Mazowieckim i chciałam kontynuować to przedsięwzięcie, bo wiedziałam, że to jest moja droga, choć było mocno pod górkę.  Ta wyprawa uświadomiła mi, że mogę dużo zmienić i znalazłam w sobie odwagę. Czy to dzięki jodze? Czy jest ona remedium na wszystko?  Myślę, że jest wiele czynników i nie ma jednego lekarstwa na wszystko. Wiele zależy naprawdę od nas samych i naszego postrzegania rzeczywistości – o tym, też jest dużo w jodze.  W dzisiejszych czasach dobrze czuć sens i iść za nim, inaczej człowiek się zgubi i cierpi. Jednak każdy ma swój sens i swoją drogę. Czy tak naprawdę joga czyni zmiany? Wg mnie NIE, to człowiek je podejmuje, a nie joga. Joga jest rozległą nauką i wiedzą – wspaniałą zresztą. Wszystko w niej działa, tylko potrzebny jest wkład własny, lata uważności, dyscypliny, refleksji, nawet rozmowy ze sobą samym i duże zaangażowanie w przywrócenie siebie. Joga oferuje wiele narzędzi i mądrości, jednak to człowiek w konsekwencji podejmuje decyzję i kontynuuje ją lub zaprzestaje, to jest wolna wola. Jej nauka jest istotna dla wielu z nas. Należy jednak pamiętać, że to my decydujemy i ponosimy konsekwencje własnych działań. Rozwój nie jest ani prosty, ani łatwy, ani szybki. Nikt za nas nie zrobi, tego co mamy zrobić. Prawdziwy rozwój to wszystko to, co jest dla nas niedostępne (wg nas samych), trudne, mało możliwe, niewygodne i najchętniej ucieklibyśmy. Wielu ludzi odcina się lub coś, ale ogona się nie odetnie, on jest zawsze za nami, chyba że się z nim zmierzymy i  spojrzymy mu głęboko w oczy. Strach ma wielkie oczy ;) . Dla mnie joga to nie są tylko asany. Są dni kiedy mam kryzys, bo nie rozumiem zaistniałej sytuacji, wiec jestem zła, pozwalam sobie na to i bardzo potrzebuję wtedy czasu do zrozumienia swoich zachowań. Jestem wciąż ciekawa jogi, ale ta ciekawość przerodziła się w coś zupełnie innego, w poszukiwanie i zagłębianie się w siebie i zrozumienie dla tego, co mną kieruje. Jeśli chodzi o samą praktykę asan moim faworytem jest Simon Borg-Olivier z Synergy Yoga. Interesuje mnie Calligraphy Yoga i Vinjasa Krama. Przez wiele lat uprawiałam asztangę, satjanadę i nidrę. Moja praktyka bardzo się zmieniła, zainteresowałam się anatomią i wciąż się uczę.  Obecnie praktykuję winjasę. Coraz bardziej dostrzegam sens prostej praktyki. Wielu ludzi jednak pojmuje jogę jako ćwiczenia i umiejętność wykonania ich i nic poza sferą fizyczną. Z całą pewnością mam praktykę własną. Niestety, nie jestem w pełni joginem ze świętych pism. Pracuje dużo, czasem się denerwuje i odkrywam kolejne mankamenty swojego umysłu do natychmiastowej lub wielomiesięcznej poprawki. Cieszę się jednak, że znalazłam w życiu możliwość, która jest spójna z moim postrzeganiem rzeczywistości i głębokimi tęsknotami z dzieciństwa. Jestem ciekawa i wiele rzeczy mnie interesuje. Fascynuje mnie ciało człowieka i jego możliwości, a jeszcze bardziej umysł ludzki. Interesuje mnie wszystko to, co pomaga mi w mojej pracy, życiu, jego lepszym i głębszym zrozumieniu. Do swojej praktyki własnej włączyłam inne formy usprawniania swojego umysłu i ciała. Nie tylko pracuje z ludźmi. W pierwszej kolejności poddaję się pracy nad sobą. Po kilku latach wymagającej iczasochłonnej nauki zostałam terapeutą craniosacral (czaszkowo-krzyżowym) oraz Polarity. Zwłaszcza metoda Polarity jest bardzo ciekawa, ponieważ została oparta na ajurwedzie i filozofii jogi.  Co do Indii wróciłam tam jeszcze 4 razy i wybieram się ponownie już w lipcu. Dla mnie jest to miejsce pełne skrajności.  Zdecydowanie nie mogę powiedzieć, że kocham Indie, ale chcę je poznać dogłębnie. Staram się podróżować jak najwięcej i poznawać ten kraj i jogę w wielu wydaniach, tak aby odnaleźć to, co spójne we wszystkich jej tradycjach. Raczej nie zostaję w jednym miejscu, za każdym razem odwiedzam i zjeżdżam inny stan. Moim miejscem na ziemi jest póki co Grodzisk Mazowiecki i Nepal do którego jeszcze nie wróciłam. Czy joga to sposób na życie? Dla mnie z pewnością, włączając jeszcze moje wcześniejsze zawody i zamiłowania do terapii, wspaniałych gongów i mis, na których gram ;). Przeszłam długą drogę i musiałam bardzo dużo pracować z tym, co miałam w sobie. Wiem, również że joga nie jest dla wszystkich, bo każdy jest inny i każdy jest gotowy, tyle na ile jest gotowy ;) . Nie każdy jest w stanie zainteresować się nią poważnie, a nie da się jej podzielić na części. Ludzie chcą czuć się dobrze, ale bez zaglądania w swoje odległe i zapomniane przestrzenie.  Nie każdy jest w stanie znieść dyscyplinę, którą  ja miałam od urodzenia. Interesuje mnie świat, jego zasady, filozofia wschodu, odkrywanie i branie odpowiedzialności za własne czyny. Nie jest ławo, ale chyba nic innego nie umiałabym zrobić, tak jak, to co robię obecnie ;) Ola Adamczyk Artia Joga

40471_149706885046635_5210726_n

Foto z prywatnych zbiorów Oli

Dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoją historią ;)

Namaste

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Michalina Kulas

26 sty

Dziś naszą bohaterką będzie najmłodsza Joginka z Naszej grupy. Ta dziewczyna jest niesamowita, niech żałuje ten, kto nie poznał Jej w realu ;) Dodatkowo historia Michaliny będzie  nietypową formą prezentacji ;) Ciekawe jesteśmy Waszego odbioru ;)

Michalinę poznałam w zeszłym roku latem na warsztatach w Puszczy Zielonka. Przeżyłyśmy wspólnie załamanie pogody i razem uciekałyśmy ze wzgórza przed Armageddonem ;) Oj nie było wesoło, ale foty mamy i wspomnienia. Prawda Michasia?

A oto i historyja Michasi ;)

Tym razem życzę Wam miłego słuchania.

 

A poniżej jedna z wielu jogowych fotek Michaliny.

 

Michalina

 

Foto z prywatnych zbiorów Michaliny.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Co sądzicie Kochani

20 sty

Wczoraj nie ukazała się historia Jogina.Niestety czasami dzieje się coś nie po naszej myśli. Miała się pojawić histioria Michaliny,tegorocznej maturzystki,ale spisała swoją historię w inny sposób niż do tej pory miało to miejsce i musimy popracować wspólnie nad projektem. Nie będę zdradzać tajemnicy co to będzie ;)

W kolejce czeka historii Oli . Ale umieszczam historie wg kolejości zgloszeń, dlatego Ola pamiętam,po Michalinie jesteś następna ;)

Mam nadzieję,że poczekacie do wtorku ;)

Póki co mam pytanie. Troszkę tych historii pojawiło się na blogu. Czy i jaki bohater wywarł na Was wrażenie? Czyja historia Was uradowała troszkę bardziej? Jestem ciekawa baaardzoooo :):):)

 

Łukasz Przywóski

05 sty

Okres grudniowego szaleństwa świątecznego już za nami. Wkroczyliśmy w nowy 2016 rok.

 Od wielu z Was dowiedziałam się, że historie Joginów przypadły Wam do gustu i czekacie na kolejne  ;)

Pozytywnie zakręcona powraca więc z cyklem „Historia jogina”. Od razu informuję Was, iż w związku z moimi nowymi obowiązkami, każda historia będzie pojawiać się co wtorek  jak zawsze, ale nie raz na tydzień, tylko dwa razy w miesiącu. Oczywiście będzie się więcej działo w grupie, stąd też kosmetyczne zmiany z początkiem roku. Ale będziecie na bieżąco informowani.

Teraz historia.

Łukasza poznałam dzięki  Oli Adamczyk, która mam nadzieję również będzie bohaterką naszego cyklu. To właśnie Ola powiedziała mi, że Łukasz jest autorem wielu ciekawych artykułów jogicznych :

www.ashtangayoga.pl/artykuly/jamy-i-nijamy-na-macie

www.ashtangayoga.pl/artykuly/jak-sie-pisze

Poznajcie więc naszego styczniowego bohatera ;)

Ruch był moją pasją od dzieciństwa. Uprawiałem różne sporty – aikido, pływanie, bieganie, jazdę na rowerze. Każda z nich odegrała ważną rolę w moim „somatycznym” rozwoju. Z jogą zetknąłem się po raz pierwszy pod koniec 2008 r. Znajomi namówili mnie na pierwsze zajęcia. Wybierając się na nie byłem przekonany, że spędzę najbliższe dwie godziny siedząc i mrucząc coś pod nosem. Myliłem się. Z pierwszych zajęć wyszedłem lekki i radosny. Byłem zrelaksowany i pełen energii. Od tamtego dnia nieprzerwanie praktykuję asany, z czasem do praktyki własnej włączyłem pranajamę. Przygodę z hathajogą zacząłem u Grzegorza Nieściera, który naucza jogi według metody Iyengara. Asany ćwiczyłem codziennie. W szkole i w domu. O ile praktykując w domu mogłem eksperymentować i wykonywać pozycje działające na wszystkie partie ciała, o tyle w trakcie zajęć w szkole czułem, że jakość praktyki i dobór asan na zajęciach były w pewnym stopniu uzależnione od samopoczucia i formy nauczyciela danego dnia. Przeszło mi przez myśl, iż nie jest to być może praktyka stworzona dla mnie. Nie znałem jednak żadnej innej. Któregoś wieczoru przeglądając w serwisie internetowym YouTube klipy poświęcone jodze, trafiłem na demonstrację asan w wykonaniu Davida Swensona. To, co robił było niezwykłe. Demonstrację tę obejrzałem kilkakrotnie, w opisie znalazłem informację, iż David praktykuje Ashtangę. Zorganizowałem sobie DVD z Pierwszą Serią i zacząłem praktykować w domu naśladując w miarę możliwości praktykę Davida Swensona. Połączenie ruchu z oddechem, „ciągłość” praktyki i jej intensywność oczarowały mnie. Przez pewien czas starałem się łączyć praktykę jogi wg metody Iyengara i praktykę Ashtangi jednak w moim wypadku rozwiązanie to nie sprawdziło się. Po pierwszych warsztatach z Radkiem Rychlikiem zacząłem regularnie pojawiać się na zajęciach w stylu Mysore w AYS, gdzie ćwiczę (choć już nie asztangę) do dzisiaj. W 2012 roku trafiłem na warsztat Simona Borga-Olivera, po którym gruntownie przebudowałem swoją praktykę własną. Skupiłem się na spowolnieniu oddechu, naturalnym, „organicznym” ruchu wyprowadzanym z centrum. Z czasem trafiłem na kurs nauczycielski Calligraphy Yogi stworzonej przez Mistrza Zhen Hua Yanga, w czasie którego uzmysłowiłem sobie, jak często „spinam się” w trakcie praktyki. Pod wpływem nauczania Mistrza Yanga i Simona Borga – Olivera kształtuję swoją praktykę własną, która wciąż się zmienia i podąża w kierunku płynnej, swobodnej winjasy, której towarzyszy naturalny oddech. Praktyka asan, często żywiołowa, pozwala mi zachować wysoki poziom energii. Równocześnie staram się ćwiczyć w uważny sposób i nie przekraczać ograniczeń swojego ciała. Staram się, żeby moja praktyka łączyła w harmonijny sposób element tapasu (dać z siebie jak najwięcej) i ahinsy (niekrzywdzenia). Innymi słowy – lubię wymagającą praktykę, ale jeszcze bardziej lubię stan lekkości i pełni życia, dlatego też dopasowuję swoja praktykę do poziomu energii, jaki mam danego dnia. Duże znaczenie ma dla mnie zrozumienie tego, co robimy na macie. Dlatego wciąż się dokształcam w zakresie anatomii, fizjologii, biomechaniki. Zajęcia prowadzę od 2011 roku. W czasie zajęć zwracam uwagę na odpowiednie ustawienie ciała w asanie i praktykowanie w zgodzie ze swoim ciałem. Z tego też powodu nie wykonuję fizycznych korekt mających na celu „głębsze” wejście w pozycję – w moim odczuciu są one sprzeczne z ahinsą. Ciału należy ufać, nawet jeśli notorycznie przyjmuje niewłaściwą pozycję – zazwyczaj robi to z określonego powodu. Dlatego też pierwszym krokiem jest poznanie tego powodu i praca nad nim a nie bezrefleksyjne kopiowanie podręcznikowego ustawienia ciała w danej pozycji.

WIACKI_21

 Foto z prywatnych zbiorów Łukasza.

Więcej o Łukaszu na stronie internetowej: www.artiajoga.pl

Dziękuję za Twoją historię  i czekamy na nowe artykuły i nie tylko ;););)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Maciej Wielobób i Jego historia

24 lis

Dziś wtorek i historia, na którą od dawna czekaliście ;)

Nie będę trzymać Was w niepewności, poznajcie Macieja ;)

Pozytywnie zakręcona dziękuję z całego serca, że zechciałeś pojawić w cyklu: „Historia jogina”. To wiele dla mnie znaczy  ;)

Niektórzy myślą, że historie praktyki jogi czy medytacji są pełne przełomów i cudownych zdarzeń, a tak naprawdę cudowne jest coś zupełnie innego – to, że regularna praktyka i praca nad sobą przynosi krok po kroku wielkie zmiany na dłuższą metę.

Miałem to szczęście, że joga, medytacja itp. były dla mnie czymś stosunkowo naturalnym, gdy byłem dzieckiem moi rodzice interesowali się takimi dziedzina. Przez to, gdy w 1994 roku zetknąłem się z jogą i medytacją w sposób świadomy, z własnego wyboru, nie było to dla mnie zetknięcie z czymś bardzo egzotycznym. Nie wiem czy moją „historię” można opisać w sposób chronologiczny, ale na pewno jest w niej jedna ważna data – właśnie rok 1994. Wtedy poszedłem z mamą i siostrą na pierwsze zajęcia jogi do Poli Rdzanek, długoletniej szefowej organizacji Sivanandy w Polsce, a kilka miesięcy później poznałem mojego nauczyciela medytacji – Karimbakhsha H.J. Witteveena.

Z praktyką asan jogi było różnie od tego czasu, miałem przerwy, wypełnione np. praktyką sztuk walki (judo, sambo), po których wracałem do jogi, najpierw w metodzie Iyengara, by ostatecznie odnaleźć się w podejściu vinyasa krama, które w moim odczuciu najlepiej odzwierciedla synchronizację ciała, oddechu i uważności, jak również dzięki niemu ja doświadczyłem największego luzu w ciele. Natomiast mój początek pracy z medytacją w zasadzie zaowocował prawie nieprzerwaną praktyką od tamtego czasu. Co ciekawe zainspirowała mnie nie tyle medytacja, co osoba mojego nauczyciela i jego spójność z tym czego nauczał. Z tego właśnie powodu jego nauczanie nabrało dla mnie szczególnej treści. W 1994 roku zobaczyliśmy ponownie 3 miesiące później i wówczas inicjował mnie (wprowadził) do szkoły wewnętrznej w jednej z tradycyjnych szkół medytacyjnych Indii – tzw. sufizmu uniwersalnego, którą to ścieżką podążam do dzisiaj, w międzyczasie zostając wyznaczonym nauczyciela-inicjatowa, potem nauczyciela nauczycieli oraz przedstawiciela krajowego Ruchu Sufich w Polsce, jak również od niedawna członka zarządu Międzynarodowego Ruchu Sufich.

Praktyka medytacyjna w dużej mierze warunkuje to też jak praktykuję i nauczam jogi. Po pierwsze praca z ciałem musi wg mnie służyć szerszemu spektrum praktyki jogicznej, a zatem właśnie medytacji i towarzyszących jej praktykom. Po drugie w pracy z ciałem poszukuję tego samego co w medytacji, a zatem raczej pewnego rodzaju procesu oduczania się i poszukiwania swojego naturalnego stanu niż wtłaczania się w jakiś model.

Nie chcę opisywać kolei mojej praktyki przez prawie 22 lata, bo nie będzie to raczej ciekawe dla nikogo. Natomiast chciałbym zaznaczyć, że praktyka nigdy nie jest „pasmem sukcesów”. Nie wpadajmy w perfekcjonizm, w którym chcemy unikać błędów, ponieważ to najgorszy hamulec wszelkiej wartościowej pracy. Tak naprawdę błędy są nie do uniknięcia, z pewnej perspektywy praca nad sobą polega na popełnianiu błędów i uczeniu się na nich. Gdy uczymy się języka, nie oczekujemy od siebie od razu poziomu native speakera, tak samo zachowajmy zdrowy rozsądek co do naszych postępów jogicznych, medytacyjnych, rozwojowych. Nie wahajmy się też zwrócić po wsparcie, czasami może skrócić naszą drogę i bardzo nam pomóc, ale oczywiście pamiętajmy też, że w tej rozwojowej drodze chodzi o to, by być w tej pracy nad sobą coraz bardziej samodzielnym.

Nie lekceważmy też najpotężniejszej praktyki jaką jest nasze życie codzienne – rodzina, praca i kontakty z innymi. Moim zdaniem cała jogiczno-medytacyjna praktyka formalna jest tylko narzędziem, by móc urzeczywistnić swoje wartości w esencji praktyki – w naszym życiu codziennym.

Nie wiem czy to napisałem kwalifikuje się jako historia, chyba nie bardzo… Ale też doświadczenie wewnętrzne nie jest chronologiczne i historyczne, więc czuję się częściowo usprawiedliwiony. Jeśli mielibyście jakieś pytania do mnie to śmiało się skontaktujcie przez moją stronę www:
http://maciejwielobob.pl
.

_MG_4192

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Macieja.

karimbakhshimylipiec2015

Źródło: Maciej Wielobób z rodziną i nauczycielem.

I jak Wam się podoba? Można się od Niego wiele nauczyć.

Więcej informacji o Macieju:

Strona www i blog: 
http://maciejwielobob.pl

Newsletter: 
http://maciejwielobob.pl/newsletter/

Ostatnie książki:
„Psychologia jogi”: 
http://sensus.pl/view/6217Q/psyjog.htm

„Medytacja w życiu codziennym”: 
http://sensus.pl/view/6217Q/mezyco.htm

„Ajurweda w praktyce”: 
http://sensus.pl/view/6217Q/ajurpr.htm

Namaste

:):):)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Tenzin Gjatso – Jego Świętobliwość XIV Dalajlama

17 lis

Mówi o sobie „zwykły mnich”.

Tenzin Gjatso – Jego Świętobliwość XIV Dalajlama

Duchowy przywódca Tybetańczyków. Urodzony 06.07.1935 r. W wielu 2 lat rozpoznano w nim kolejne wcielenie 13 poprzednich dalajlamów. Jako XIV Dalajlama otrzymał nowe imiona: Święty Pan, Szlachetna Chwała, Pełny Współczucia Obrońca Wiary i Ocean Mądrości. Nowo nadane imiona w pełni ukazują człowieka, jakim jest Dalajlama. Szlachetny człowiek o złotym sercu i duszy.

Gdy w 1950 na teren Tybetu wtargnęli żołnierze Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, Dalajlama  otrzymał władzę polityczną. Stał się głową państwa i szefem rządu. Na wszelkie możliwe sposoby próbował znaleźć pokojowe rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Spotkał się z Mao Zedongiem i innymi chińskimi przywódcami. Niestety. Sytuacja nie uległa poprawie. Gdy Dalajlama opuścił Tybet zwrócił się do ONZ o pomoc dla swojego kraju. Organizacja Narodów Zjednoczonych wydała 3 rezolucje wzywające Chiny do poszanowania praw człowieka w Tybecie.

Na wygnaniu Dalajlama utworzył rząd emigracyjny. W 1963 r ogłosił demokratyczną konstytucję opartą na wartościach buddyjskich i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

Zrobił i robi wiele. Odwiedził każdy zakątek świata (w Polsce był 6 razy) by szerzyć wartości, by walczyć o pokój.

XIV Dalajlama słynie ze swojej mądrości, pokory. Jest człowiekiem o dużym poczuciu humoru ;)

Zasady wg Dalajlamy. Zbyt często o nich zapominamy:

1. „Weź pod uwagę, że wielka miłość i wielkie osiągnięcia niosą ze sobą wielkie ryzyko”.

2. „Kiedy przegrywasz, nie przegrywaj lekcji”.

3. „Podążaj za trzema rzeczami: szacunkiem dla innych ludzi, szacunkiem dla siebie oraz odpowiedzialnością za wszystkie swoje czyny”.

4. „Pamiętaj, że nie otrzymać tego czego się chce, to czasem wspaniały łut szczęścia”.

5. „Ucz się zasad, abyś wiedział jak złamać je we właściwy sposób”.

6. „Nie pozwól, aby mała kłótnia, zraniła wielką przyjaźń”.

7. „Kiedy uświadomisz sobie, że popełniłeś błąd, podejmij natychmiastowe kroki, aby go poprawić”.

8. „Spędź trochę czasu w samotności każdego dnia”.

9. „Otwórz swoje ramiona na zmianę, lecz nie wypuszczaj swoich wartości”.

10. „Pamiętaj, że cisza jest czasem najlepszą odpowiedzią”.

11. „Żyj dobrym, honorowym życiem. Kiedy się zestarzejesz i pomyślisz o nim, będziesz mógł cieszyć się nim po raz drugi”.

12. „Kochająca atmosfera w domu jest fundamentem twojego życia”.

13. „W niezgodzie z ukochanymi osobami, zajmuj się tylko obecną sytuacją. Nie przywołuj przeszłości”.

14. „Dziel się swoją wiedzą. To sposób na osiągnięcie nieśmiertelności”.

15. „Bądź łagodny dla Ziemi”.

16. „Raz do roku idź w miejsce, gdzie nie byłeś nigdy wcześniej”.

17. „Pamiętaj, że najlepszym związkiem pomiędzy ludźmi jest taki, w którym miłość dla siebie nawzajem przewyższa waszą potrzebę drugiej osoby”.

18. „Oceniaj swój sukces poprzez to, co musiałeś oddać, aby go osiągnąć”.

Na blogu pozytywnie zakręconej joginki bardzo często cytowałam Dalajlamę. Jego biografię, nazywaną wywiadem-rzeką, spisaną przez Gillesa Van Grasdorffa czytałam dwukrotnie. Nie jest to lektura łatwa, ponieważ historia Tybetu nie należy do przyjemnych. Jest dużo brudnej polityki, brak poszanowania dla życia, a jednocześnie  On, Jego Świętobliwość XIV Dalajlama. Kto interesuje się Tybetem powinien tą książkę przeczytać.

Nie chcę Was zanudzać ogromem Jego cytatów. Nie o  to w tej historii chodzi. Chciałam byśmy poznali człowieka, dla którego drugi człowiek, drugie życie znaczy tak wiele…A czasy mamy okrutne, niepewne i tyle w nich nienawiści…

Dalajlama, zapytany o to, co go najbardziej zadziwia w ludzkości, odpowiedział: „Człowiek. Bo poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak na prawdę nie żyjąc.”

I mnie zadziwia drugi człowiek. Zawiść, nienawiść, brak poszanowania dla życia. Gdy zaczynam wątpić w dobro drugiego człowieka, powracam do historii tego „zwykłego mnicha”.

800px-Dalai_Lama_1471_Luca_Galuzzi_2007

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dalajlama.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"