RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Cykl „Historia jogina”’

Historia Gosi

10 lis

Dzisiaj przedstawiam Wam historię Małgorzaty. Troszkę przyczyniłam się do tego, iż zaczęła interesować się jogą i bardzo mnie cieszy, że czasami potrafi się zmotywować i sama ćwiczy na macie. Mam nadzieję, że dotrzyma złożonej jakiś czas temu obietnicy i zacznie regularnie praktykować. Trzymam więc Ją za słowo i życzę Jej dużo wytrwałości w złożonej obietnicy.

Nie będzie to typowa historia napisana przez Gosię. Przeprowadziłam z Nią krótki wywiad:

Ja: Przyznałaś się, że nie ćwiczysz regularnie. Brakuje Ci samozaparcia, dlaczego więc pomimo wielu prób i wielu przerw powracasz do jogi?

Gosia: Na początku myślałam, że joga nie jest dla mnie. Zbyt spokojna, zbyt nudna. Takie były moje pierwsze skojarzenia. Ale gdy zabrałaś mnie pierwszy raz na zajęcia w 2010 roku spodobała mi się ta forma relaksu, choć gdy wyszłam z zajęć myślałam, że „wyzionę ducha”.

Ja: A co dokładnie czułaś, gdy opuściłaś salę?

Gosia: Poczułam każdą część swojego ciała i na własnej skórze doznałam uczucia, o którym mi opowiadałaś. Lekkość stóp ;)

Ja: Ja to czuję za każdym razem. Dodatkowo, gdy wychodzę z zajęć czuję się wyluzowana, uśmiechnięta i każdy problem wydaje mi się łatwy do pokonania. Też tak czułaś?

Gosia: Coś w tym sensie. I przestałam mówić, że w jodze się tylko leży. Po pierwszej 1,5 godziny zajęć byłam mokra jakbym wyszła z zajęć siłowych.

Ja: To na co dokładnie pomagały Ci ćwiczenia?

Gosia: Hm… Najbardziej na kręgosłup. Po wielu godzinach siedzącego trybu pracy ćwiczenia działały kojąco. Nawet nie wiedziałam, że można sobie pomóc w ten sposób.

Ja: Czyli skorzystasz z rad, które Ci udzieliłam i z poradnika joga kręgosłupa? Tam są proste ćwiczenia i w zasadzie każdy może je wykonywać. Wiem, że nie uczęszczasz już na zajęcia w szkole, dlatego to by była dobra alternatywa dla Ciebie. I nie przemęczysz się.

Gosia: Tak, ale trudno mi się zmotywować, dlatego wiem że  powinnam wrócić do zajęć w szkole. Aktywność fizyczna jest bardzo ważna, a joga ma zbawienny wpływ nie tylko na ciało. Wiem, bo parę miesięcy chodziłam na zajęcia i gdy przestałam, nie czułam się już tak dobrze.

Ja: O tym musi przekonać się każdy sam. Bo joga, tak jak każda dziedzina nie jest dla każdego.

Gosiu a jaka jest Twoja ulubiona pozycja w jodze?

Gosia: Pozycja martwe ciało hahaha ;) Na poważnie nie mam ulubionej, ale wiem, które pozycje sprawiały mi najwięcej problemów. Pozycje na równowagę.

Ja: Pozycja drzewo?

Gosia: Dokładnie. Wszystko było dobrze gdy obok mnie była ściana. Bez niej to była raczej pozycja obalonego drzewa.

Ja: Każdy ma problem z jakąś pozycją. Ja ćwiczę od paru lat, a nadal pozycja trójkąta wychodzi mi marnie. I jeszcze w pewnym partiach ciała czuję sztywność. Ale  staram się tym nie przejmować i praktykuję dalej ;)

Myślisz, że gdybyś wtedy nie musiała przerwać zajęć, ćwiczyłabyś regularnie po dzień dzisiejszy?

Gosia: Sądzę, że tak dlatego wiem że powinnam do jogi powrócić.

Ja: Co byś powiedziała wszystkim tym, którzy zaczęli ćwiczyć a gdzieś po drodze stracili motywację?

Gosia: Jeśli naprawdę czujecie zaraz po zajęciach, że możecie przenosić góry, nie rezygnujcie z jogi ;)

Ja: Dziękuję za wywiad i za jakiś czas sprawdzę Twoje poczynania na macie ;)

Gosia: Oj to muszę zacząć działać ;)

Ja: Sądzę, że od dziś  nie tylko ja ci będę kibicować ;)

Gosia: Brzmi poważnie ;)

 

Ps. I jeszcze jedno obiecała Gosia podczas udzielania wywiadu. Niedługo dostarczy jogową fotkę ;););)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Historia Katarzyna Streg

03 lis

Historia miała ukazać się dwa tygodnie temu. Niestety w tym czasie straciłam bliską mi osobę. Smutny czas… Ostatnie pożegnanie.

Dziś powracam z cyklem historia jogina. Naszą bohaterką jest Kasia. Miałam tą przyjemność pisać z Kasią jakiś czas temu. Oczarowała mnie swoją osobą. Dziś poznajcie Ją Wy moi Drodzy.

:)

Heh jak zacząć coś co nie wiadomo gdzie miało początek i co przenika całe moje dorosłe życie… ;)

Od zawsze szukałam sposobu/ rytuału/dyscypliny, która holistycznie łączy pracę z  Ciałem ,Duchem i rozumem . Wielkość liter to nie pomyłka ale zabieg w pełni zamierzony bo ten ostatni spryciarz sprawia same problemy ;).

Przewijały się w moim życiu różne dyscypliny ale ,zostawszy wychowana w kulcie intelektu , uważałam je za mało ważny dodatek. Spełniając kolejne oczekiwania mojej rodziny i kulturowe świetnie radziłam sobie na polu zawodowym i nie tylko podejmując wciąż nowe, coraz trudniejsze zadania. Ehhh no wszyscy byli dumni a ja chwilami nawet …szczęśliwa…

Wyjechałam za granicę z moim ówczesnym partnerem – plan był : na chwilę pomieszkania za granicą potem ślub , dzieci, kariera itd. itd. itd… i się niespodziewanie zakochałam… grunt usunął się spod nóg a żadne plany nie miały znaczenia. Związek był pełen traumatycznych wzlotów i upadków , które miały zapchać emocjonalne dziury z całego życia – jak się pewnie domyślacie karkołomna to metoda i oczywiście zakończona rozstaniem. Jednak to właśnie te momenty kiedy myślałam ,że stoję na krawędzi przepaści pozwoliły mi sięgnąć głęboko wewnątrz mnie i dotknąć  nowej jakości w moim życiu.

By znaleźć jakiś punkt zaczepienia zaczęłam medytować i ćwiczyć znowu, zaniedbane już trochę przeze mnie, tai chi. Wróciłam do Polski i wpadło mi w ręce ogłoszenie  z ‘Jogi w Parku’ o wakacjach z jogą i kolorami nad morzem… tak pojechałam na spotkanie moich dwóch miłości : Jogi i Energii Koloru. Przez ten jeden tydzień z wesołą zgrają jogową czułam się absolutnie szczęśliwa i pełna energii. Na fali zdarzeń pojechałam zaraz na miesięczny trekking w Himalaje – spaliśmy przeważnie w przyświątynnych dormitoriach, szliśmy czasami w błocie  a ja z fascynacją witałam każdy nowy dzień…

Pamiętam jak robiłam z koleżanką powitanie słońca na 4500 m n.p.m. – nie dla wyczynu ale ze śmiechem z poczuciem   czystej radości życia.

Po powrocie do domu okazało się , że zadawnione kontuzje i skrzywienie kręgosłupa odezwały się z potrójną mocą. Ledwo wstawałam o poranku z łóżka a ból stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Od lekarza pierwszego kontaktu usłyszałam , że skończyłam 32 lata i już niewiele można z tym zrobić w zasadzie mogę sobie pochodzić na basen i przygotować się , że w okolicach czterdziestki czekają mnie kulę. Nie  ma to ja autorytety w życiu! Zmroziło mnie na jakieś  dwa miesiące.

W końcu, w akcie desperacji, spakowałam plecak i pojechała do Indonezji – no w końcu niewiadomo co będzie. Spędziłam tam  upojny miesiąc  na Jawie i Bali poznając niesamowitych ludzi, często również ćwiczących jogę. Cudownie było iść o poranku do bambusowej wiaty nad  morzem i pozwolić ciału by w powiewach lekkiej bryzy pieszczącej skórę miękko płynęło w rytmie asan  wyznaczanych przez nauczyciela… Ozdrowiałam – oj zdziwił by się doktor ;) – nagle ból pojawiał się już sporadycznie.

Po powrocie znalazłam nauczyciela jogi w najbliższym mieście czyli w Brzegu i tak trafiłam na zajęcia do Bartka Miklasa – jako że zaczęłam w czerwcu, trafiłam oczywiście do grupy już dłużej ćwiczącej – jednak, na fali własnej ignorancji ( no bo w końcu kilka razy ćwiczyłam jogę więc  co mi tam ) i wewnętrznej silnej potrzeby pozbycia się bólu, zaczęłam intensywnie ćwiczyć. Wracałam z ćwiczeń obolała – pamiętam, że przez pierwsze dwa miesiące nigdy nie umawiałam żadnych spotkań biznesowych o poranku po jodze . Praktyka jogi  stała się moim stałym punktem powitania dnia i wraz z medytacją stały się niemal rytuałem.

Uwolniona od bólu z radością witałam każdy nowy dzień a codzienne praktyka i kolejni nauczyciele nauczyli mnie ogromnej akceptacji i uważności dla siebie, swoich potrzeb ale także na dostrzeganiu rzeczywistych potrzeb innych. Ugruntowanie we własnym ciele pozwoliło mi na puszczenie kontroli i większego zaufania do Świata jako całości. Wierzę, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i miejscu – jeśli nie w tej chwili to jedyną przeszkodą są nasze przekonania – a je w końcu zawsze zmieniamy ;).

Kolejnym odkryciem było trafienie ‘przypadkowe’ na zajęcia ashtangi do Krystiana Mesjasza w Zen Jodze w Opolu – jego miękki, viniasowy system prowadzenia zajęć i połączenie w płynnym flow z oddechem pozwoliły mi na znalezienie idealnego systemu dla własnej praktyki. Poczułam w końcu jak ciało staje się miękkie i elastyczne a każdy ruch jest ekstatyczną  przyjemnością.

Marzenia spełniają się wystarczy im na to pozwolić :

Od czterech lat uczę Psychologii Koloru w Wrocławskim Studium edukacji ekologicznej.

 Od tego roku uczę jogi u mojego pierwszego nauczyciela w wrocławskiej szkole Sagar w Brzegu  – fascynująca lekcja jak jeszcze bardziej można poczuć praktykę ucząc innych.

Praktyka jogi stała się moim sposobem na dotarcie do własnego wnętrza  i połączenie Ducha z Ciałem – a co najważniejsze przestrzenią, która pozwala mi dostrzec podstępne  działanie umysłu, który poprzez wewnętrzne przekonania często ogranicza moje BYCIE TU I TERAZ.

Są dni kiedy wraz ze zmęczeniem towarzyszącym porannemu wstawaniu zapominam o wdzięczność za to w jakim miejscu teraz jestem i kim jestem oraz jakich ludzi mam wokół. Zaczynam porannym rytuał powitań słońca a moje ciało powoli budzi się do życia -  przeciąga napełniając oddechem , ociera się o matę i mrucząc z zadowolenia znów czuję że Żyję i jaka jestem Wdzięczna za to co mam…

Kasia

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Kasi.

Dziękuję Kasiu za historię. W końcu się pojawiła, dziękuję za wyrozumiałość.

Namaste

 

Historia Mia Magda Pauli

13 paź

Kochani,

Dziś kolejna historia. Każdy z Was jest inny. Każdy spotkał jogę na swojej ścieżce życiowej w różnych momentach. Tym razem historia odrobinkę bliska i mnie. Sama jestem po przejściach i wiem co można osiągnąć gdy się nie podda przeciwnościom. Historia Mia pokazuje, że pomimo można zajść całkiem daleko. Bardzo często trudne i traumatyczne przeżycia ukazują nam nowe rozwiązania… Gratuluję samozaparcia i ogromnej determinacji Naszej bohaterki.

Trzy lata temu na rajskiej wyspie położonej na ocenie Atlantyckim spotkałam moją  Nauczycielkę  jogi… W okolicznościach dość niecodziennych.

Jechałam do sądu na moją sprawę rozwodową z przyjacielem w roli tłumacza, a w myślach prosiłam o cud…

 Zdecydowałam się zakończyć długoletni związek i pozostać na mojej rajskiej wyspie z  dziećmi bez pracy, wystarczającej znajomości tutejszego języka oraz bez chęci powrotu do Polski.

W drodze powrotnej pogrążona w rozmyślaniach o cudzie (wygrana na loterii byłby idealna ale książę z bajki ostatecznie też byłby jakimś rozwiązaniem.. innych pomysłów na dalsze życie nie miałam a właściwie to nie wiedziałam nic ! ), gdy mój znajomy wspomniał, że do naszego miasteczka przeprowadziła się Włoszka – nauczycielka jogi i jutro rano będą pierwsze  zajęcia.

Następnego dnia po marnie przespanej nocy – pierwszego dnia mojego nowego/ starego życia przyszłam na zajęcia i byłam najbardziej nieobecną z obecnych tam osób… Głowa nadawała bez końca pytanie bez odpowiedzi „co dalej, co dalej i co dalej ?…”

Nauczycielka prowadząca jogę podeszła do mnie i powiedziała : „Na początek spróbuj pozostać tu gdzie jesteś, tu i teraz … i oddychaj :) ” .

Pomyślałam że chyba innego wyjścia nie mam.

Kolejne miesiące nie robiłam nic …poza jogą.

Nie szukałam pracy, nie pytałam co dalej, przestałam się martwić.

Let it Go!

Wszystko co było mi potrzebne przyszło w swoim czasie.  Dostałam cudownego Nauczyciela, który prowadził mnie przez moją praktykę niemalże każdego dnia przez dwa lat oraz wspaniałą przyjaciółkę.

Rok temu wróciłam do Polski ze względu na moje dzieci.

 Bardzo ucieszył mnie fakt tak dużej popularności jogi w ojczyźnie. Mogłam kontynuować praktyką pod okiem nowych nauczycieli i zdobywać nowe doświadczenia z innymi studentami.

Zagadką było co mam tu robić zawodowo ?

 Po siedmiu latach przebywania za granicą ciężko było mi się odnaleść na polskim rynku pracy jako projektantem sztuki użytkowej.

Któregoś dnia przeglądałam stronę internetową z akcesoriami do jogi. Praktykuje głównie  Jogę Ashtange i poza paskiem oraz matą nie używałam za wiele innych rzeczy do czasu powrotu do Polski.

Pomyślałam, że trochę „smutne” w kolorach są te akcesoria a joga przecież jest tak bardzo radosną i energetyzującą praktyką!

Kilka dni później „przypadkiem” spotkałam dobrą znajomą po latach… Wiola zajmuje się wzornictwem i szyciem tkanin i tak od słowa do słowa powstała nasza pracownia.

Założyłyśmy sobie projektowanie i realizacje akcesori do jogi z naturalnych tkanin jak len, bawełna przeznaczonych do recyklingu promując wartości ekologiczne i jogę  w jednym .

Ostatecznie w naszej pracowni powstają kolorowe torby i nosidła na matę, wałki, blostery, poduszki zafu, materace zabutan wypełnione łuską gryczaną itd..a każdy przedmiot jest inny i niepowtarzalny tak jak każdy z nas.

Nasza pracownia działa od kilku miesięcy a cały projekt wymaga jeszcze dużo pracy z naszej strony. Dzień pracy zaczynamy często wspólną praktyką jogi i testami naszych produktów :). Małe sukcesy jak sprzedaż w Stanach Zjednoczonych w Niemczech, Irlandii i  Barcelonie cieszą nas bardzo i motywują do dalszej pracy.

Wraz ze znajomymi w ich gospodarstwie agroturystycznym  w górach świętokrzyskich wiosną planujemy ruszyć z cyklicznymi zajęciami i kursami jogi i medytacji.

Mogę bez przesady powiedzieć, że spotkanie z mądrością jogi  wyznaczyło nowy kierunek mojego życia a praktyka jest jednym z elementów mających największy wpływ na to kim jestem.

Każdego dnia czuję głęboką wdzięczność i potrzebę dalszego rozwoju oraz chęć dzielenia się moim skromnym doświadczeniem z innymi.

Namaste

Mia Magda Pauli.

MIa

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Mia Magdy.

Mia prowadzi wspaniałą pracownię z akcesoriami i zaprasza na swoje salony:)


https://www.facebook.com/Namaste-Studio-and-Project-Yoga-accessories-840963382657258/timeline/?ref=hl

Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią ;) A ja życzę dalszych sukcesów ;)

 
 

Historia Marzeny Łowińskiej

06 paź

Kochani. Dziś mam wyjątkową historię Joginki.

Przeżyła trudne chwile, a w tym najgorszym dla siebie czasie odkryła miłość do jogi. Wzruszająca historia. Poznajcie Marzenę:) 

Dla mnie joga to drugie życie ,w dosłownym sensie tego słowa. Siedem lat temu pękł mi tętniak w mózgu .Wiele tygodni spędziłam w szpitalu przykuta do łóżka w pampersach i w złym stanie psychicznym. Lęk przed przyszłością, nauka chodzenia i fatalna kondycja fizyczna. Mam wspaniałą rodzinę ,kochającego od zawsze męża i najcudowniejsze córki. Oni byli dla nie ogromnym wsparciem w tym trudnym okresie. Na pierwsze zajęcia jogi wybrałam się tylko dlatego ,że nie chciałam iść do szpitala na rehabilitację, a zależało mi żeby jak najszybciej wrócić do jako takiej sprawności .To było jak pierwsza randka z ukochanym. Totalne zauroczenie ,które trwa do dzisiaj. Chociaż miałam ogromne ograniczenia w ciele i każdej nowej pozycji towarzyszył przeszywający ból to czułam ,że zmierzam w dobrym kierunku. Joga dała mi zdrowie, sprawność i wytrzymałość ,której nie miałam nawet jako nastolatka. Najważniejszy jednak jest stan mojego umysłu ,spokój , samoakceptacja i ogromne pokłady radości każdego pięknego dnia. Po dwóch latach codziennych praktyk ( 5 rano powitanie słońca} zrobiłam kurs instruktorski ,ponieważ wiedziałam , że to nie jest chwilowe zauroczenie ,że chcę się dzielić z innymi tym co jest najpiękniejsze w jodze. Od czterech lat prowadzę zajęcia po kilka godzin dziennie .Nie dość ,że nie czuję zmęczenia to na ostatnich wieczornych zajęciach mam najwięcej energii. Organizuję warsztaty, na które zapraszam nauczycieli z całej Polski by mogli przekazać nam swoje spojrzenie na jogę. Dla ludzi, którzy praktykują ze mną jogę jestem wiarygodna i prawdziwa. Znają moją historię i widzą jaka nastąpiła we mnie niesamowita przemiana ,na każdym poziomie mojego życia. Jestem wszędzie tam gdzie jest zapotrzebowanie na jogę. Pierwsze zajęcia rozpoczynam o 7.00 a kończę przed 22.00. Od dwóch lat spotykam się w również w każdy poniedziałek z grupą osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie w Fundacji Otwarcie. Nie są to łatwe spotkania trzeba mieć w sobie dużo empatii i cierpliwości. Ludzie Ci pomimo swoich ograniczeń w ciele dzielnie wyginają się na macie i dopingują się wzajemnie. Nowym, wspaniałym doświadczeniem jest moja współpraca z konińskim przedszkolem Akademia Smyka. Mali Adepci jogi 3- 4 lata witają mnie za każdym razem z ogromnym entuzjazmem .Najbardziej podobają im się pozycje, które swoim kształtem przypominają zwierzęta. Po tych spotkaniach uśmiech długo nie schodzi mi z twarzy.  Od ponad roku w każdą sobotę daję ludziom więcej swobody i radości w jodze antygrawitacyjnej .Cudownie jest choć na chwilę oderwać się od ziemi ,pokołysać w kokonie i beztrosko po wisieć do góry nogami i myślę sobie wtedy, że ten wylew był dla mnie wielkim darem od losu . Dzięki temu strasznemu doświadczeniu stałam się najszczęśliwszą osobą na świecie. Każdego dnia robię tylko to co kocham ,a każdy kolejny dzień przynosi mi same fantastyczne chwile.

marzena

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Marzeny.

Dziękuję za Twoją historię ;)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Historia Pauli ;)

29 wrz

Wtorek ;)

Kolejna historia ;)

Późny powrót do domu. Gorąca herbata z miodem, kominek, ulubiona muzyka i zaczynam. Z lekkim opóźnieniem (problemy techniczne) ale dałam radę, przedstawiam Naszą wtorkową bohaterkę ;)

Paula przeszła wiele stylów w jodze i odkryła ten, któremu poświęca swoją uwagę.

 

Kultura związana z dalekim wschodem, w tym także joga, zawsze miała w sobie coś pociągającego i inspirującego. Chętnie czytałam książki związane z buddyzmem, historią Tybetu, kulturą Indii. Bardzo chciałam też spróbować jogi, ale niestety w moim rodzinnym mieście na Warmii nigdy nie było nawet klubu fitness, co dopiero szkoły jogi. Były to też czasy, w których dostęp do Internetu nie był tak szeroki i łatwy jak dziś, pozostało mi więc próbować swoich sił wykonując asany znalezione w czasopismach, z różnym skutkiem oczywiście ;) Później udało mi się dorwać książkę Kareen Zebroff, którą do dziś uważam za jedną z lepszych pozycji dotyczących jogi. Następnie nadszedł czas dołączania do czasopism płyt CD z ćwiczeniami, również z jogą, wtedy po raz pierwszy zobaczyłam asany wykonywane w ruchu, a nie jedynie zobrazowane na kartkach książki czy gazet. Nie można jednak nazwać moich ówczesnych ćwiczeń regularną praktyką, raczej zaspokajaną od czasu do czasu ciekawością ;)

Na pierwsze prawdziwe zajęcia jogi poszłam około trzech lat temu, gdy przeprowadziłam się do Warszawy. Na początku przytłoczył mnie szeroki wybór szkół, nauczycieli, stylów jogi – nie miałam pojęcia, czym różnią się one od siebie ani które będą dla mnie odpowiednie. Trochę przypadkowo zdecydowałam się wtedy na jogę Iyengara w szkole Wiktora Morgulca. Chodziłam tam przez jakiś czas, ale wszystkie używane tam sznurki, paski, klocki, do dziś nie umiem odpowiedzieć czemu, zaczęły mi przeszkadzać. Moja uwaga przeniosła się więc na poszukiwania bardziej dynamicznego stylu jogi, pozbawionego tych wszystkich sprzętów. Po kilkumiesięcznej przerwie wybrałam się w końcu na moje pierwsze zajęcia ashtangi i to był strzał w dziesiątkę. Pokochałam ten styl już od pierwszych kilkunastu minut. Zajęcia były energiczne, radosne i… bardzo męczące ;) Na drugi dzień czułam mięśnie, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Niestety brak czasu i fakt, że szkoła do której chodziłam zrezygnowała z Multisportu, sprawiły że po raz kolejny odpuściłam praktykę na kilka miesięcy.

Mniej więcej rok temu zobaczyłam, że pobliski klub fitness organizuje warsztaty z air yogi, zdjęcie reklamujące zajęcia przedstawiło kilkanaście osób leżących w zawieszonych pod sufitem chustach – pomyślałam wtedy o air yodze jak o całkiem relaksującym sposobie na spędzenie soboty. I nie myliłam się, lekkość, oderwanie stóp od ziemi, delikatne kołysanie obudziło we mnie chęć bliższego poznania tej dosyć świeżej i jeszcze mało popularnej formy jogi.

Aktualnie air yogę praktykuję raz w tygodniu, mniej lub bardziej regularnie ;) w międzyczasie zaliczyłam kilka warsztatów z tej formy oraz w końcu kupiłam własny hamak by móc „latać” także pod sufitem mieszkania. Powróciłam także do praktykowania ashtangi, pod okiem Kasi Makowieckiej co tydzień rozwijam matę na warszawskim Śródmieściu (polecam całym sercem!). Od czasu do czasu staram się również odwiedzić zajęcia prana vinyasa flow z Małgosią Witter, uczennicą samej Shivy Rea ;) Takie połączenie daje mi wszystko, czego potrzebuję: siłę, lekkość i relaks ;)

Paulina

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Pauli.

Więcej o Naszej bohaterce na Jej stronie: 
https://instagram.com/paula.cy/

Na niej Nasza Joginka będzie się dzielić swoimi jogowymi inspiracjami i przepisami. We mnie Paula ma już swoją fankę. A Wam jak się podoba?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Historia Emilii Burkiewicz

22 wrz

Dzisiaj kolejna historia.

Emilia Burkiewicz - Certyfikowany międzynarodowy nauczyciel jogi dla dzieci i jogi rodzinnej – Rainbow Kids Yoga oraz dla dorosłych w nurcie Vinyasa Joga.

To bardzo pozytywna Joginka. Żywa, energiczna, wszędzie Jej pełno ;) Kocha to czym się zajmuje i robi to z ogromną pasją i zaangażowaniem.

Co mówi o sobie? „Joga jest dla mnie niesamowitą drogą, którą wciąż odkrywam, którą chcę podążać a przede wszystkim dzielić się z Wami!!”

„Tylko Ci, którzy nauczyli się potęgi szczerego i bezinteresownego wkładu w życie innych, doświadczają największej radości życia – prawdziwego poczucia spełnienia”. P. Cohelo Od dziecka związana byłam ze sportem, trenowałam pływanie, sędziowałam zawody pływackie, jeździłam na nartach, konno, przez jakiś czas trenowałam Tae Bo, były też skoki na bungee a nawet spadochronie. Lubiłam wyzwania, adrenalinę… Joga po raz pierwszy w moim życiu pojawiła się na chwilkę tak „przez okno”… Mieszkałam wtedy w Londynie, siadając czasami po ciężkim dniu w kuchni przy oknie niczym Olivier Twist widziałam jak grupka kobiet w przybudówce u sąsiadki na poddaszu ćwiczy sobie przy świecach, widziałam iskierki w oczach tych kobiet i prawdziwy radosny uśmiech. Nie wiedziałam czym jest joga, poszukałam informacji ale wtedy nie potrafiłam przyjąć dobrodziejstw płycących z jogi. Uznałam, że osobiście jestem zbyt energiczna, zbyt dynamiczna, odrzucając to co kilka lat później zmieniło moje życie. Po latach nauki i zdobytego doświadczenia za granicą, wróciłam do Polski. W kraju miałam już ukończone studia na Wydziale Prawa i Administracji, miałam dobrą praktykę w kancelarii adwokackiej byłam stworzona jak myślałam do dobrej pracy w dużych firmach. Jednak niefortunne zdarzenie pokrzyżowało moje plany. Kontuzja kręgosłupa wyłączyła mnie na jakiś czas z życia zawodowego. Jako sportowiec wiedziałam, że muszę ćwiczyć więc pobiegłam na siłownie… Byłam zbyt słaba i naderwałam więzadła miednicy a później w nocy podczas snu straciłam czucie w rękach – diagnoza brzmiała dyskopatia odcinaka szyjnego i lędźwiowego. Półtora roku leczenia, rehabilitacji zakończonych pobytem w sanatorium. I tak naprawdę tutaj zaczyna się moja przygoda z jogą. W 2009 ograniczona zakresem ruchu, trafiłam na zajęcia Jogi Vinyasy do Uli Wilczyńskiej – Kalak. Początkowo chodziłam na zajęcia, gdyż chciałam szybko wrócić do formy. systematycznie dwa razy w tygodniu przez pierwszy rok, później kolejny … Gdy nagle zdałam sobie sprawę z mojej wewnętrznej przemiany. Nie byłam już taka spięta, nerwowa, emocjonalna jak kiedyś, pojawił się dystans – wewnętrzny spokój – nie rozumiałam tego ale podobała mi się ta zmiana. Nie tylko szybko odzyskałam siły ale zyskałam wspaniały nastrój i pogodę ducha. Joga stawała się częścią mojego życia. Nauka coraz to trudniejszych asan sprawiała mi dużą frajdę i satysfakcję. Po pewnym czasie, czegoś zaczęło mi brakować, nie wystarczało mi już tylko fizyczne wykonywanie asan… Zaczęły się moje poszukiwania czegoś – kogoś, kto mógłby wytłumaczyć jakąś głębię, wskazać skąd pochodzą te wewnętrzne przemiany i jak mam je ukierunkować. Zaczęłam chodzić na zajęć jogi do różnych nauczycieli reprezentujących odmienne nurty – szkoły jogi. Dziś mam uśmiech na twarzy bo nie wiedziałam wtedy jeszcze, że właśnie rozpoczęła się piękna podróż w głąb świata jogi. Dzięki tej podróży poznałam m. in. jogę wg. metody B. K. S. Iyengara, Ashtangę Jogę, Sivanada Jogę, Kundalini Jogę, Jivamukti Joga oraz Sri Sri Jogę . Spotkałam wielu cudownych ludzi na swojej drodze. Przypadkiem trafiłam na zajęcia do Elki Krzyżaniak – Smolińskiej kobiety o niespożytej energii. Dzięki Elce trafiłam na kurs Art Of Leaving „Sztuka Oddechu” – moja pierwsza nauka pranayamy. Kolejne cenne zajęcia były u boku Mateusza Deker, gdzie mogłam szlifować technikę asan. Jestem wdzięczna Mateuszowi za udzielanie mi cennych wskazówek i naukę Ashtangi . Kolejnym krokiem był kurs instruktorski, chciałam poznać anatomię człowieka, zastosowanie asan, korzyści płynących z ich wykonywania. Chciałam więcej i więcej… Dzięki odkrywczej podróży po nurtach wiedziałam, iż moją osobistą ścieżką jest Vinyasa Joga. Rozpoczęłam poszukiwania swojego nauczyciela, kogoś kto poszerzy moją wiedzę, wprowadzi w tajniki praktyki. I tak przeczytałam o Macieju Wielobobie z Krakowa, nauczycielu jogi w nurcie Vinyasa Krama. W ten sposób po raz pierwszy trafiłam na Warsztaty Macieja Wieloboba do Wrocławia. Maciej okazał się cudownym nauczycielem i wspaniałym człowiekiem. Od niego nauczyłam się medytacji, wizualizacji, uważności w jodze, oddechu, pogłębiłam wiedzę w zakresie techniki i zastosowania asan. Uzyskałam bezcenną wiedzę dotyczącą terapii jogą, która była dla mnie niezwykle istotna. W ten sposób joga stała się moją pasją. W tym czasie moja kariera zawodowa związana była z szeroko rozumianym biznesem międzynarodowym, pracowałam jako zastępca dyrektora zarządzającego w brytyjskiej firmie oraz jako nauczyciel w szkole policealnej. Wytchnienie od szybkiego życia zawodowego znajdowałam właśnie w jodze. Dla mnie joga stawała się w pewnym sensie sposobem na życie, moją sekretną bronią w „korporacyjnym życiu”. Miałam spokój ducha, dystans do nerwowych współpracowników, klientów a przede wszystkim dużo energii do życia i działania. W międzyczasie koleżanka otwierała swoje Studio Jogi, w którym zaproponowała mi współpracę jako instruktor jogi. Przyjełam jej ofertę z wielką radością, ponieważ w sercu wiedziała, że chcę przekazywać te wartości, które osobiście otrzymałam dzięki praktyce. Prowadzenie zajęć dla dorosłych dawało mi wielką radość i ogromną satysfakcję. Pamiętam, jak pewnego razu po moich zajęciach podeszła do mnie pewna pani i powiedziała mi, że od 15 lat nie spała tak dobrze, tak spokojnie dziękując i przytulając mnie do siebie. Cudowny prezent, ogrom szczęścia – wiedziałam, że moc praktyki asan, oddechu, relaksu działa a ja potrafię to przekazać innym! Chciałam i chcę nieść radość w serca innych ludzi w pewien sposób pomagać by mogli zdrowiej i spokojniej żyć. Jest to spełnienie mojego dziecięcego marzenia by móc ”nieść miłość i radość w serca innych ludzi” Joga nie tylko usprawniła moje ciało, jak oczekiwałam początkowo ale zmieniła całe moje życie. Nastąpiła we mnie niesamowita przemiana, otworzyła niejako bramy do wnętrza mojej duszy, do wewnętrznego Ja. Dzięki jodze czuję się szczęśliwa i spełniona a życie odczuwam jako fascynującą przygodę, którą przyjmuję z otwartością i ufnością. Pozbyłam się lęków i obaw „o jutro” jest „Tu i Teraz” – a ja czuję się spokojna i radosna każdego dni. Kiedyś podczas mojej praktyki natknęłam się na słowa Daliljamy „Jeśli każde dziecko na świecie byłoby uczone medytacji, wyeliminowalibyśmy przemoc w ciągu jednego pokolenia” Słowa te zapadły głęboko we mnie a ziarno zasadzone w dzieciństwie zaczęło kiełkować. Kierując się głosem swojego „wewnętrznego dziecka” poczułam nieodparte pragnienie wręcz „obowiązek” przekazywania tych wartości małym dzieciom. Bo właśnie dzieci mają czyste serduszka pełne wspaniałych wartości, które w procesie dorastania i dojrzewania, ulegają deformacją, zniekształceniu a czasami zastają tak dalece wyparte, że oddalają dorosłego już człowieka od własnego spełnienia i szczęścia. Ta idea wypełniła mnie w stu procentach. Zrezygnowałam z pracy na etacie i rozpoczęłam niesamowitą podróż w świat dziecka, niosąc najlepsze to co w sobie mam. Jestem na początku drogi ale praca ta daje mi ogromną satysfakcję, radość i spełnienie. Dokonując tego wyboru poczułam, jakby Wszechświat wspierał mnie w realizacji tego pragnienia, jakbym w końcu była na właściwym torze. Jestem szczęśliwa, że weszłam tę ścieżkę jaką jest joga, ponieważ ona przyniosła mi wypełnienie „ wewnętrznej pustki”. W ten sposób stałam się międzynarodowym certyfikowanym nauczycielem jogi rodzinnej i jogi dla dzieci oraz jogi dla dorosłych w nurcie Vinyasa Krama. Cały czas rozwijam swoje umiejętności i podnoszę kwalifikacje poprzez aktywny udział w licznych warsztatach, pod czujnym okiem zarówno krajowych, jak i zagranicznych autorytetów z dziedziny jogi. Na macie spotkałam się m.in. Basią Lipską – Larsen, Dechen’em Karlem Thurman, Marią Strózyk, Elką Krzyżaniak – Smolińską, Dr Renatą Ślebodą, Ervinem Menyhart, Agnieszką Pieterwas, Radkiem Rychlikiem, Juliet Murrell, Celest Pereira, Cayetana Rodenas. Macieja Wieloboba traktuję jako swojego przewodnika w świecie jogi w nurcie vinyasa krama oraz medytacji. Wszystkich gorąco zapraszam do rozpoczęcia swojej przygody z jogą! Ktoś, kiedyś napisał ”Kiedy chcesz coś poprawić w swoim życiu, jest tylko jedno miejsce gdzie musisz zajrzeć… …w głąb siebie”

emilia

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Emilii.

Dziękuję Emilii, że zechciała podzielić się swoją niesamowitą i barwną historią.

Korzystając z okazji, że mamy wtorek dziękuję tym co już napisali swoją historię i dziękuję tym, co przygotowują się do tego kroku. To dzięki Wam powstał ten cykl.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Cykl "Historia jogina"

 

Historia Piotr Bryja

15 wrz

Dzisiaj kolejny wtorek i kolejna historia.

Tym razem bohaterem będzie Jogin – Piotr Bryja.

Historia Piotra to przykład na to, jak zbawienny wpływ na człowieka i jego zdrowie może mieć joga. I niekiedy naprawdę wiele problemów zdrowotnych powstaje na tle emocjonalnym. Nie trzymam Was dłużej w niepewności. Poznajcie przesympatycznego Piotra ;)

„Drzewo Jogi

Nazywam się Piotr Bryja. Jestem instruktorem hatha jogi z Kłodzka.

Pochodzę z małej wioski koło Ząbkowic Śląskich. Życie jakby w izolacji od „wielkiego świata” bardzo wpłynęło na mój charakter.

Hatha jogę poznałem ponad 20 lat temu, a uczę od pięciu lat. Przez sale klubów fitness, w których się zatrudniam i zatrudniałem, przez zajęcia Jogi przewinęło się kilkaset osób.

Moja Joga „dopadła” mnie w szkole średniej. Chuderlawego kujona cierpiącego na chroniczne – prawie codzienne bóle głowy i wysokie ciśnienie krwii (w wieku 17 lat – 160/110 mmHg).

Lekarze nie znaleźli żadnych niepokojących wad serca i zaczęli stosować leczenie farmakologiczne. Teraz wiem, że przyczyna nie leżała w ciele, lecz w mojej emocjonalności, ciągłym tłumieniu emocji i gniewu. Na szczęście w moje ręce, jakby przypadkiem trafiały książki wskazujące sposoby i metody samoleczenia i leczenia innych. Z tych książek uczyłem się pranicznego uzdrawiania, Tai-Chi, Qi-Gong. W „utrzymaniu się na powierzchni” pomagały mi również modlitwa i medytacja.

Jedną z tych książek byłą kupiona na wyprzedaży „ JOGA”. Autorem był B.K.S Iyengar. Było to wydane w 1990 tłumaczenie „Light on Yoga. Yoga Dipika”. Ziarno Jogi zostało zasiane…

Starałem się wykonywać asany prezentowane w książce, ale pozostałem jedynie przy podstawowych pozycjach. Trudniejsze były poza moim zasięgiem. Łatwiejsze asany, ćwiczenia oddechowe i medytacja były dodatkiem do ćwiczeń Qi-Gong wg książki „QiGong Uzdrawiające ćwiczenia chińskie” napisanej przez Zygmunta Bronza. Po kilku miesiącach praktyki, gdy doszedłem do meridianu serca mogłem odstawić leki na nadciśnienie. Obserwowałem też ogromne zmiany w swoim umyśle. Regularna medytacja i praca na sobą bardzo pozytywnie zmieniły moją mentalność i sposób patrzenia na świat. Wyrwałem się z zamkniętego kręgu przekonań wpajanych mi przez społeczność małej wsi, z której pochodziłem.

Po „ogólniaku” kontynuowałem studia nad terapiami naturalnymi w Studium Edukacji Ekologicznej, (zaocznie). Hatha Joga była jednym z przedmiotów w SEE. Przez ponad dwa lata nauki regularnie ćwiczyliśmy pod okiem nauczycielki. Moim kolegą na roku był Romek Grzeszczykowski, który stawiał pierwsze kroki na swojej ścieżce. Podziwiałem go. Wszyscy w grupie wiedzieliśmy, że Joga to jego życie, ale ja wciąż nie przeczuwałem, że będzie aż tak ważna dla mnie, lecz dopiero wiele lat później. Moją pasją stało się Tai-Chi, chińska dietetyka, radiestezja. Przez 2,5 roku uczęszczania do SEE poznaliśmy solidne podstawy wielu systemów pracy z ciałem i umysłem. Podniósł się też znacznie poziom wiedzy i praktyki Hatha Jogi.

Z ziarna powoli zaczęło coś kiełkować.

Kolejnych kilkanaście lat wypełniły własna działalność, jako bioenergoterapeuta/radiesteta, studia pedagogiczne, potem praca w fabryce – „dorabianie się” i  założenie rodziny.

Od czasów SEE praktykowałem Jogę i medytację regularnie, choć częstotliwość była zmienna. Moje ukochane kiedyś Tai-Chi jakby wywietrzało z głowy. (Dzisiaj nie potrafię odtworzyć nawet 10 ruchów ze 108 częściowej formy Tai-Chi Yang, której to uczyliśmy się prowadzeni przez Krzysztofa Maćko.) Joga w mojej głowie pozostała. Dzięki temu skutecznie radziłem sobie w różnych trudnych sytuacjach życiowych, problemach z kolanami, kręgosłupem, przemęczeniu i stresem.

W 2010 moje koleżanki z pracy spytały mnie, czy nie mógłbym pracować jako bioenergoterapeuta w ich gabinecie odnowy biologicznej w Kłodzku. Zgodziłem się i wkrótce potem mąż jednej z nich namówił mnie, żebym pokazał mu i przypomniał podstawowe Asany. Szybko zebrała się grupa współćwiczących. To były moje pierwsze doświadczenia, jako instruktor Jogi. Gdy Aneta i Karolina zakończyły działalność sądziłem, że to koniec. Okazało się jednak, że los chciał inaczej. Gdy w Kłodzku powstał profesjonalny klub Fitness, jego właściciel dowiedział się o mnie o poprosił o prowadzenie zajęć w jego klubie. Wcześniej odrzucił kilku innych kandydatów. Stwierdził, że ja wyglądam i zachowuje się jak 100% Jogin i zaproponował bardzo korzystne i godziwe warunki. Klub istniał ponad rok. Gdy splajtował moi uczniowie (głównie uczennice) poprosili mnie, żebym nie rezygnował z ćwiczeń z nimi. Po kilku dniach od zamknięcia klubu otrzymałem kilka propozycji prowadzenia zajęć w innych miejscach.

Do tego czasu nie miałem formalnych uprawnień i kwalifikacji do prowadzenia zajęć Jogi. Postanowiłem skończyć kurs instruktora organizowany przez Stowarzyszenie Jogi Akademickiej w Częstochowie. Ta decyzja rozpoczęła nowy rozdział mojego życia „Jogina”. Otwarłem się na nauki i doświadczenie innych nauczycieli: świetnej kadry SJA, Macieja Wielobóba, Radka Rychlika.

Z prowadzenia zajęć Jogi czerpię ogromną satysfakcję. Mam okazję poznać wspaniałe osoby, które dzięki uprawianiu h. j. poprawiają jakość swojego życia. Okazało się że Joga jest najskuteczniejszym sposobem, abym mógł spełnić swoją potrzebę pomagania innym, poprzez naukę i wspieranie ich na drodze świadomej pracy z ciałem, oddechem i umysłem.

Ja sam prowadząc zajęcia popołudniami od 6-8 razy w tygodniu, pracując równocześnie w biurze korporacji, będąc mężem i ojcem zauważyłem ogromne, korzystne zmiany w sobie, zarówno fizyczne i umysłowe.

Nauka Jogi to moja miłość i pasja.  Robię to dla siebie i dla świata. Z ziarna zasianego w 1992 roku zaczyna wyrastać piękne drzewo. Już wiem, że Joga jest autentyczną częścią mojego życia.

P.S.

Teraz gdy mierzę sobie ciśnienie krwi, aparat wskazuje 110/70 mmHG w wieku 40 lat czuję się lepiej niż 20 lat wcześniej.

Piotr Bryja”

Drzewo Jogi_

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Piotra.

Bardzo dziękuję Piotrowi za Jego historię. A może i Wam pomogła joga na jakieś dolegliwości?

 
 

Historia Iwony Kwaśny

08 wrz

Dziś kolejny wtorek i kolejna historia Joginki.

Iwonę poznałam  goszcząc na Jej blogu. Spodobało mi się u Niej, zostałam ;) Z tego co czytam i oglądam, to bardzo pozytywna osoba. Czytając Jej historię, utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Kim jest?

Iwona Kwaśny – jogę na swojej drodze spotkała w 2001 roku, od 2008 prowadzi swoją grupę. Dziennikarka radiowa, miłośniczka prostego życia.

Współautorka  bloga:  jogawogrodzie.blogspot.com

A oto historia Iwony, zapraszam do lektury.

„JOGA NIE JEST MOIM ŻYCIEM

Po latach praktyki (mniej lub bardziej nasilonej) już wiem co w jodze lubię, a czego nie. Jest to moje subiektywne       zdanie, tak to czuję na tu i teraz. Choć nie wykluczam, że może się to zmienić tak jak zmienia się świat i nasze życie.

Pierwszy raz na jodze pojawiłam się w 2001 roku, była to joga na trawie w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Był ciepły, sierpniowy, sobotni poranek. Przyszłam na zajęcia, które prowadziła fantastyczna instruktorka Wanda (zniknęła zresztą bez śladu, podobno wyjechała do Wlk. Brytanii).
Długi czas chodziłam ot tak, raz w tygodniu. Czerpałam z tej jogi, choć dopiero ją poznawałam, nie wszystko rozumiałam. Później Wandę zastąpił prof. Janusz Szopa. To on po jakimś czasie zaproponował mi kurs instruktora jogi. Na początku kompletnie się w tym nie widziałam i odwlekałam tą decyzje. Aż w końcu połknęłam bakcyla na dobre.
Podobało mi się podejście Janusza do jogi, był w tym co mówi i pokazuje taki czytelny i zrozumiały. Jak to matematyk. A na pewnym etapie jest to bardzo potrzebne. Potem zaczęłam jeździć na różne zajęcia, warsztaty, spotykałam różnych nauczycieli. Raz mi się podobali, innym razem trochę mniej, ale po latach myślę, że taki kręgosłup „jogowy” dał mi właśnie Janusz.

Jeszcze przed pójściem na kurs instruktorski zaszłam w ciążę z moim pierwszym synem. W tym czasie również praktykowałam. Nie chodziłam na specjalne zajęcia ale w grupie ćwiczyłam przy ścianie, albo rozkładałam matę w domu. Tak było też przy drugim synku. Byłam aktywną joginką a także instruktorką jogi do końca ciąży. Nie będę tu pisać co mi to dało, bo to temat na inny tekst.

Od 2008 roku prowadzę zajęcia jogi. Przez lata tych miejsc trochę się uzbierało: Myszków, Koziegłowy, Katowice, Bytom, Gródków. Dużo wtedy jeździłam i poświęcałam tym zajęciom sporo energii i czasu. W końcu postanowiłam osiąść bliżej swojego domu i zaczęłam 2 razy w tygodniu spotykać się z moimi joginkami i joginami w Gródkowie koło Będzina. Przychodzą tam od lat ludzie, którym joga pomaga, którym pomaga grupa, w której się spotykamy.
Nasz pomysł na zajęcia – to luźna, czasami zabawna atmosfera, radość z wyginania ciała, przyjemność z przebywania ze sobą. Brak ideologii. Te zajęcia są dla mnie ogromną frajdą i momentem kiedy osobom zainteresowanym mogę pokazać swój sposób na życie, dobrą kondycję i dobry nastrój.

Joga nauczyła mnie balansu. I to mnie najbardziej teraz interesuje. Prowadzić zajęcia jogi – tak ale z takim natężeniem by sprawiało mi to przyjemność i nie stało się rutyną. Pracować tyle by był zawsze czas dla rodziny i dzieci. Mam to szczęście, że joga nie jest dla mnie jedynym źródłem utrzymania. To wielki komfort i bardzo to cenię, choć wiem, że życie ma różne scenariusze i może się to zmienić.
Przestało mnie też interesować słowo „mieć”. I paradoksalnie im mniej zabiegam tym więcej posiadam (nie nie chodzi mi tu wyłącznie o wymiar materialny). Nauczyłam się też bez wyrzutów sumienia odpuszczać. Czasami czekam po prostu co los przyniesie i obserwuję bez ingerencji. Dużo pomógł mi w tym także kurs oddechu Art of Living. Wyciągnęłam z niego wiele mądrych rzeczy, które pomagają przede wszystkim przeżyć jakieś stresujące i trudne sytuacje.

Dla mnie joga nie jest całym moim życiem. Joga wplata się w moje życie. Mam inny zawód, rodzinę, dwóch synów, ogród ( a w nim warzywnik i kury), znajomych. A jogę próbuję znaleźć w tych wszystkich rzeczach, nie tylko na macie. Dzięki jodze jeszcze bardziej interesuję się tym co jem, a także prostym życiem w zgodzie z naturą.

Po latach własnej praktyki, spotykania się na zajęciach, przemyśleniach i obserwacji innych joginów wiem np. czego nie lubię w jodze. Nie lubię rywalizacji, napinania się, prężenia się czy popisu. Nie lubię kiedy naprawdę doświadczony jogin, denerwuje się na warsztatach, że ktoś na koniec założył skarpetki. Właśnie – nerwowy mistrz to dla mnie nie mistrz, obojętnie jaką do tego dopisuje ideologię.

Ja chcę, żeby joga była czymś naturalnym w moim życiu, a nie zadaniem do wykonania. Nie chce też by to była tylko akcyjność- ćwiczę jak szalona, wyjeżdżam na wyjazdy, a potem po roku czy dwóch już mi się odechciewa i szukam innej aktywności.
Rano staram się robić powitanie słońca lub asany, których potrzebuję. Dodatkowo ćwiczenia oddechowe. Dobrze mi się wtedy zaczyna dzień.
Ale są też dni bez takiej sesji, no cóż życie….”

iwona

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Iwony.

Dziękuję Iwonie za wspaniałą historię i za czas, który nam poświęciła  ;)

 

Historia Olgi Paprockiej

01 wrz

Dziś rozpoczynam nowy cykl „Historia jogina”.

Co tydzień  na blogu pojawi się historia Joginek, Joginów opisująca początki Waszej przygody z jogą.

Skąd pomysł?

Prowadzę na portalu społecznościowym grupę Jogini i miłośnicy jogi. Jest nas już sporo ;) Jesteśmy zróżnicowaną grupą, taki był mój zamysł. Są wśród nas nauczyciele, instruktorzy, zwykli pasjonaci i osoby, które próbują swoich sił w jodze.

Pomyślałam, że możemy lepiej się poznać, dowiedzieć się czegoś o sobie. A może któraś z historii pojawiających się na blogu zainspiruje kogoś, kto się wahał zacząć albo zrezygnował zbyt wcześnie?

Dziś pierwsza historia. Naszą bohaterką jest Olga Paprocka, organizator Międzynarodowego Dnia Jogi w Poznaniu. Z natury manager – z zamiłowania joginka – to, co robi, dodaje jej motywacji i uśmiechu. Zajęcia prowadzi w nurcie tradycyjnej indyjskiej jogi, jaką praktykowała w Ashramie Shivanandy w Indiach. „Nie ma nic lepszego dla ducha jak ciało”, zatem jej praca to odkrywanie jakości i efektywności ruchu ciała, by przygotować je do głębokiej relaksacji podczas joga Nidra.

Olgę poznałam na Międzynarodowym Dniu Jogi, a potem byłam u Niej na zajęciach. Jest to bardzo radosna, żywiołowa osoba, którą warto poznać ;)

Zapraszam do lektury ;)

Jak to się zaczęło:

Marta zaproponowała, żebym napisała swój początek historii jako joginka. Jak ktoś śpiewa nie jest od razu piosenkarką, joginka to też duże słowo, po prostu zostańmy przy tym, że joga jest mi bardzo bliska. Jest dla mnie drogowskazem, choć czasem zbaczam jeszcze ze ścieżki: nie zawsze mam idealną dietę, czy systematyczność praktyki, bo nobody is perfect, to cieszę się gdzie jogi szukać w sobie.

A początek był długim procesem. Pewnego razu, znudzona oglądałam z Tatą telewizję, aż nagle spostrzegłam, że Mama przygotowała wszystko przed jutrzejszym dniem pracy, porozciągała plecy na boki, a potem stanęła na głowie. To był szok! Podziw. Chwila zatrzymania. I nasionko zaczęło kiełkować.

Od tego czasu hasło ‘joga’ brzmiało w mojej głowie coraz częściej. Zaczęłam ja dostrzegać je w różnych miastach, w słowach spotkanych ludzi. Powoli zaczęła też budzić się chęć spróbowania – tylko wiedziałam już, że jak rozpocznę tę przygodę, to będzie to podroż w nieskończoność. Dlatego spokojnie jakoś wytrwałam bez jogi w praktyce chyba 2 lata. Może tak podejmuje się poważne życiowe decyzje? Ruszyłam. Rozpoczęłam jogę jako nowy środek wyrazu, porozumienia się ze sobą, dialog z własnym ego. Pół kroku wcześniej był taniec- ruch związany ze sceną, może publicznością…. Czasem ruch jest lepszy niż tysiąc słów. A gadułą jestem straszną. Dlatego taniec, bo nie chciałam się odzywać, deklamować tekstów, jak na zajęciach teatralnych, które hobbystycznie sobie organizowałam w wolnym czasie. Zatem ruch skupiony na fizyczności, mięsistości, podłodze, rytmie. A potem joga. Bezruch, siła, koncentracja, rozluźnienie, spokój i wyostrzenie zmysłów. To była moc – pierwsze zajęcia i wiedziałam, że jeszcze wrócę, że nie musze się deklarować, ale wiem ,że to będzie coś co chcę kontynuować. Joga dała mi świadomość tego, że jestem. Minęły 4 lata i wciąż tyle przede mną, wiem to. Ale już mam tyle zapału, żeby znów się odzywać do ludzi, co więcej pokazuję im ścieżkę, która mnie tak uszczęśliwia. Wiem, że jak „robię jogę” to jest to coś dobrego. Dyscyplina jakiej uczę się przez jogę pozwala na eliminowanie głupot, które się w życiu popełnia. Jeszcze nie wszystkich – bo to dopiero początek, bo walczę jeszcze ze sobą. Ale mam grunt, po którym mogę stąpać pewną stopą.

Joga to ogłada. Żywioł, który we mnie siedzi jest zachwycony momentami balansu, skupienia, ale i wyzwań jakie znajduję w asanach. Pojechałam na miesięczny kurs do Ashramy w Indiach – i wiedząc po co tam jadę, w ogóle nie czułam żadnych obaw – inna kultura, klimat, bakterie… Jadąc tam miałam tylko poczucie, że to dobry wybór, jadę i będę tam i w tym momencie. To było też inne zwiedzanie. Nie pożerałam wszystkich zakątków miast i wsi. Delektowałam się atmosferą, nawet jeśli trafiałam do miejsc ciemnych, strasznych i cuchnących – nie rujnowało to mojej wizji o wędrówce nie tylko do Indii, ale w głąb siebie. Wiem, że takich podróży będzie jeszcze parę- bo wiele jest do przetrawienia, odkrycia, zachwycenia się i przerażenia. Wracając do domu, chcę przenieść namiastkę tego podróżniczego myślenia, nie turysty, ale podróżnika i studenta jogi, odkrywcy i obserwatora. Wydaje się to trudne, staram się to poukładać, ale czekam na moment kiedy po prostu tak będzie bez zbędnego projektowania.

To czego się nauczyłam można zawrzeć w jednym zdaniu -

„Every moment

is yoga”

olga

Źródło: Foto z prywatnych zbiorów Olgi.

 

Dziękuję Oldze, że podzieliła się z nami swoją historią ;)

 
 

Już wkrótce „historia jogina”

11 sie

Dlaczego wpadłam na ten pomysł?

Hm…Jakiś czas temu założyłam grupę Jogini i miłośnicy jogi.Początkowo było nas niewielu. Ale z czasem grupa zaczęła przybierać na sile. Dziś mamy już prawie 400 członków ;) Są nauczyciele, instruktorzy i zwykli pasjonaci. Jestem dumna z Naszej grupy i jednocześnie pomyślałam, że warto poznać miłośników z bliższej perspektywy. Jeszcze nie byłam w stanie skontaktować się ze wszystkimi, ale póki co paru chętnych znalazłam na…

I tu objaśniam. Chciałabym by na łamach mojego bloga, raz w tygodniu pojawiała się Wasza historia. Od kiedy praktykujecie i jak to się zaczęło. Będzie ciekawie. Naprawdę zachęcam Was do czytania i może opowiedzenia swojej historii?

Z cyklem „historia jogina” ruszam  1 września. I to ten dzień, wtorek będzie dniem publikacji Waszej historii ;););)

Z Puszczy w Zielonce

Namaste ;)